Valve tłumaczy wysoką cenę Steam Machine tym, że nie chce dopłacać do sprzętu i odzyskiwać pieniędzy później przez zamknięty ekosystem, abonamenty czy ekskluzywne gry. Firma stawia na otwarty PC, SteamOS i swobodę użytkownika.

Brzmi dobrze, ale dla większości graczy kluczowe pozostaje jedno: 1049 dolarów za podstawowy model to bardzo dużo.

Steam Machine ma być wygodnym pecetem do salonu – odpalasz Steam, bierzesz pada i grasz na telewizorze bez składania komputera czy walki z Windowsem. Problem w tym, że przy takiej cenie urządzenie przestaje konkurować tylko z konsolami. Wchodzi na teren gotowych PC, mini-PC i własnych składaków, gdzie użytkownik może dostać większą wydajność albo łatwiejszą rozbudowę.

Valve ma rację, że rynek komponentów jest dziś trudny. RAM, dyski i inne podzespoły drożeją, a producenci nie mają już takiego pola do zbijania cen jak kilka lat temu. To jednak nie zmienia faktu, że koszty produkcji nie są problemem klienta. Gracz nie kupuje idei otwartego ekosystemu – kupuje sprzęt, który ma być opłacalny.

Największy sukces Steam Decka polegał na tym, że oferował coś świeżego w rozsądnej cenie. Steam Machine jest trudniejsza do sprzedania, bo podobny efekt można osiągnąć już dziś: kupić mały komputer, podłączyć go do telewizora i uruchomić Steam.

Nie ma nic złego w tym, że Valve nie chce sprzedawać sprzętu ze stratą. Ale uczciwa cena dla producenta nie zawsze jest atrakcyjną ceną dla gracza. Steam Machine może być świetnie wykonana, lecz za ponad tysiąc dolarów będzie raczej sprzętem dla entuzjastów niż kolejnym masowym hitem Valve.