Riot Games w ostatnich latach lubił kombinować z nowymi championami. Nietypowe mechaniki, długie opisy skilli i postacie, które potrafiły zmienić zasady gry w kilka sekund – czasem działało to świetnie, a czasem kończyło się frustracją całej kolejki rankingowej. Locke idzie w inną stronę.

Nowy Ashen Exorcist ma być asasynem w bardziej klasycznym stylu: mobilnym, groźnym we wczesnej fazie gry i opartym na dobrym przygotowaniu akcji. Zamiast budować cały kit wokół jednej dziwnej mechaniki, Riot stawia na znane fundamenty – oznaczenie celu, wejście, burst i egzekucję.

Nie oznacza to jednak, że Locke będzie nudny. Jego ultimate tworzy strefę spowolnienia, a każde zabójstwo w jej obrębie na stałe podnosi próg execute’a. Teoretycznie może dojść do absurdalnych wartości, nawet bliskich pełnej egzekucji przeciwnika. W praktyce będzie to raczej nagroda za snowball niż coś, co zobaczymy co drugą grę.

Najważniejsze jest jednak to, że Riot chce, aby Locke był bardziej czytelny niż część starszych asasynów. Gracz ma widzieć oznaczenia, rozumieć zagrożenie i wiedzieć, kiedy Locke szykuje wejście. To wyraźna odpowiedź na frustrację związaną z postaciami pokroju Zeda, które potrafią skakać po ekranie tak długo, że trudno zorientować się, co właściwie się dzieje.

Locke nadal będzie wkurzający, bo taki jest los każdego dobrze działającego asasyna. Ale jego siła ma wynikać z dobrego timingu i skutecznego wykonania combo, a nie z nieczytelnego bałaganu.

Po Zaahenie i Yunara widać, że Riot chwilowo odpuszcza projektowanie championów, które próbują wynaleźć League na nowo. I dobrze. Czasem gracze nie potrzebują kolejnej rewolucji – potrzebują po prostu bohatera, którym chce się grać.