Sony ogłosiło, że od stycznia 2028 roku nowe gry na PlayStation nie będą wydawane na płytach. Firma stawia na dystrybucję cyfrową, a fizyczne wydania mają przejść do historii.

Sama decyzja wywołała ogromną reakcję graczy. Nie chodzi wyłącznie o kolekcjonowanie pudełek czy półki pełne gier. Dla wielu osób płyta to nadal możliwość odsprzedaży tytułu, pożyczenia go znajomemu, kupienia taniej używanej kopii albo zwyczajnie zachowania gry poza cyfrowym sklepem.

Właśnie dlatego komunikat Sony został odebrany tak źle. Gracze obawiają się, że po pełnym przejściu na cyfrową sprzedaż firma zyska jeszcze większą kontrolę nad cenami, dostępnością oraz tym, co faktycznie zostaje w bibliotece użytkownika.

Po ogłoszeniu decyzji PlayStation praktycznie zniknęło też z mediów społecznościowych. Konta marki na X, Facebooku, Instagramie i Bluesky przez ponad dobę nie publikowały standardowych materiałów promocyjnych. W tym samym czasie komentarze pod starszymi postami i trailerami zapełniły się prośbami o zmianę decyzji.

I trudno się dziwić. Cyfrowa dystrybucja jest wygodna, ale nie daje graczowi tej samej swobody co fizyczna kopia. Nie można jej łatwo odsprzedać, wymienić ani zachować niezależnie od platformy. Wszystko zależy od konta, regulaminu i tego, czy sklep będzie działał za kilka lub kilkanaście lat.

Sony może tłumaczyć ten ruch zmianą rynku. Gry cyfrowe sprzedają się świetnie, a dla wydawców i producentów konsol taki model oznacza niższe koszty oraz większą kontrolę nad sprzedażą. Problem w tym, że wygoda dla firmy nie zawsze oznacza wygodę dla gracza.

Największy błąd Sony nie polega nawet na samej decyzji. Chodzi o brak konkretów. Firma powinna jasno odpowiedzieć, jak zabezpieczy dostęp do kupionych gier, czy cyfrowe ceny będą bardziej konkurencyjne i co stanie się z graczami, którzy nadal wolą fizyczne wydania.

Bo bez takich deklaracji koniec płyt nie wygląda jak postęp. Wygląda jak kolejny krok w stronę świata, w którym gracze płacą za dostęp, ale mają coraz mniej kontroli nad tym, co kupili.