Wygląda na to, że Fallout 76 nie dostanie szybko kolejnych Expeditions. Bethesda coraz wyraźniej odchodzi od pomysłu wysyłania graczy poza główną mapę Appalachów do osobnych, instancjonowanych lokacji.

Do tej pory gra miała dwie duże wyprawy: The Pitt z 2022 roku oraz Atlantic City z 2023 roku. Obie były ciekawym ukłonem w stronę fanów Fallouta, ale miały też ten sam problem: działały bardziej jak zamknięte misje niż prawdziwa eksploracja.

Creative director gry, Jon Rush, tłumaczył w rozmowie z Insider Gaming, że Expeditions są zbyt ograniczające. Gracz jedzie do osobnej lokacji, wykonuje zadanie i wraca. Tymczasem Fallout 76 najlepiej działa wtedy, gdy można po prostu ruszyć przed siebie, trafić na event, dziwną miejscówkę, legendarkę albo innego gracza robiącego coś kompletnie absurdalnego.

Dlatego Bethesda woli teraz rozwijać samą Appalachię. Tak było przy Skyline Valley, które rozszerzyło południową część mapy, i przy Burning Springs, dodającym nowy obszar na zachodzie. To mniej efektowne niż „nowa wyprawa do kolejnego miasta”, ale dla codziennej rozgrywki może być znacznie lepsze.

Bo prawda jest prosta: Fallout 76 potrzebuje większego świata, a nie kolejnych korytarzy. Expeditions miały klimat, ale po kilku przejściach stawały się powtarzalną aktywnością. Nowe regiony na głównej mapie żyją dłużej, bo naturalnie wchodzą w rytm gry: eventy, CAMP-y, farmienie, eksploracja i przypadkowe spotkania.

Dla części graczy to będzie rozczarowanie, bo uniwersum Fallouta aż prosi się o kolejne wypady poza Appalachy. Ale z perspektywy Bethesdy decyzja ma sens. Studio stawia na to, co najlepiej trzyma Fallouta 76 przy życiu: otwarty świat, wspólną mapę i regularnie rozbudowywaną zawartość.

Na ten moment przekaz jest jasny: przyszłość Fallouta 76 zostaje w Appalachii.