Ubisoft zamknął jeden z najtrudniejszych okresów w swojej historii. Rok fiskalny 2025/2026, obejmujący czas od 1 kwietnia 2025 do 31 marca 2026 roku, przyniósł firmie wyniki, których nie da się przykryć marketingowym komunikatem o „transformacji” czy „nowym rozdziale”. Francuski gigant zanotował 1,32 mld euro straty operacyjnej, a skonsolidowana strata netto przekroczyła 1,5 mld euro. To nie jest słabszy kwartał. To finansowy alarm przeciwpożarowy.
Najbardziej bolesne jest to, że problem nie dotyczy wyłącznie kosztów. Przychody spadły o 21,8% do 1,39 mld euro, a net bookings, czyli jeden z kluczowych wskaźników dla wydawców gier, obniżyły się o 17,4% do 1,53 mld euro. Ubisoft tłumaczy to słabszym kalendarzem premier i restrukturyzacją, ale trudno nie odnieść wrażenia, że firma płaci dziś rachunek za kilka lat twórczej ostrożności, opóźnień i przesadnego polegania na tych samych markach.
Na papierze Ubisoft wciąż ma ogromny zasięg. 129 mln unikalnych graczy na PC i konsolach to liczba, o której większość wydawców może tylko marzyć. Problem w tym, że rok wcześniej było ich o 5 mln więcej. Miesięczna aktywność utrzymała się na poziomie 36 mln użytkowników, więc baza nie zniknęła, ale też nie daje sygnału, że gracze masowo wracają z własnej inicjatywy. Ubisoft nadal ma publiczność. Pytanie brzmi: czy ma jeszcze wystarczająco dużo powodów, żeby ją ekscytować?
Najmocniejszym rynkiem firmy pozostaje Ameryka Północna, odpowiadająca za 42% przychodów. Pod względem platform Ubisoft nadal jest przede wszystkim wydawcą konsolowo-pecetowym: 49% przychodów pochodzi z konsol, 35% z PC, a tylko 7% z mobile. To istotne, bo w czasach, gdy część branży szuka ratunku w grach-usługach i mobilkach, Ubisoft wciąż jest mocno przywiązany do segmentu premium. Tyle że segment premium nie wybacza przeciętności.
Restrukturyzacja już uderzyła w ludzi. W ciągu roku z firmy odeszło około 1200 pracowników, a na koniec marca 2026 roku Ubisoft zatrudniał 16 590 osób. Równolegle spółka obniżyła koszty stałe o 118 mln euro i chce dalej ciąć wydatki, celując w poziom 1,25 mld euro kosztów stałych do marca 2028 roku. To klasyczny ruch dużego wydawcy w kryzysie: mniej projektów, mniej ryzyka, większa kontrola nad produkcją. Tylko że w grach zbyt mocne przykręcenie śruby często zabija dokładnie to, czego firmie najbardziej brakuje – świeżość.
Ubisoft zapowiada, że obecny rok fiskalny również będzie słabszy. Firma spodziewa się dalszego spadku net bookings, tym razem o wysoki jednocyfrowy procent, oraz ujemnej marży operacyjnej non-IFRS. Do tego dochodzi prognozowany odpływ wolnych przepływów pieniężnych na poziomie do 500 mln euro. Mówiąc prościej: odbicie nie wydarzy się natychmiast. Zarząd chce przekonać inwestorów, że prawdziwa poprawa przyjdzie później, wraz z mocniejszym line-upem i efektami restrukturyzacji.'

Na liście marek, które mają pomóc w odbudowie, są oczywiście Assassin’s Creed, Far Cry i Ghost Recon. To logiczne, bo Ubisoft nadal siedzi na jednych z najbardziej rozpoznawalnych IP w branży. Ale właśnie tu zaczyna się największy problem. Same logotypy już nie wystarczą. Gracze nie potrzebują kolejnej mapy zasypanej znacznikami tylko dlatego, że tak działał Ubisoft przez ostatnie kilkanaście lat. Potrzebują gier, które mają tempo, charakter i powód istnienia większy niż „kolejna odsłona znanej serii”.
W tle jest jeszcze temat aktywów. Ubisoft otwarcie przyznaje, że nie wyklucza sprzedaży części majątku. To zdanie brzmi technicznie, ale jego znaczenie jest duże. Firma zostawia sobie furtkę do dalszych ruchów kapitałowych, partnerstw albo pozbywania się wybranych elementów biznesu. Przy tej skali strat trudno się dziwić – zwłaszcza że rynek będzie teraz patrzył na każdy kolejny komunikat z dużo mniejszą cierpliwością.
Największym wyzwaniem Ubisoftu nie jest jednak pojedynczy raport finansowy. Jest nim utrata narracji. Przez lata firma była kojarzona z dużymi, efektownymi światami, które wyznaczały standard dla mainstreamowego open worldu. Dziś coraz częściej mówi się o niej przez pryzmat opóźnień, anulowanych projektów, zwolnień i marek, które potrzebują oddechu. To nie znaczy, że Ubisoft jest skończony. Ma zbyt duże portfolio, zbyt silne IP i zbyt dużą bazę graczy, żeby stawiać tak prostą diagnozę.
Ale jedno jest jasne: czas bezkarnego recyklingu się skończył. Jeśli Ubisoft chce wrócić do gry, nie wystarczy obiecać kolejnego Assassin’s Creeda czy Far Cry’a. Firma musi udowodnić, że rozumie, dlaczego gracze zaczęli od niej odpływać. I że potrafi zrobić coś więcej niż tylko odchudzić koszty, przesunąć premiery i nazwać kryzys „strategicznym resetem”.