Przez lata w esporcie panowała jedna, dość wygodna narracja: organizacje są popularne, mają wielkie logotypy na koszulkach, miliony fanów i jeszcze większe problemy z kasą. Niby wszyscy oglądają, niby sponsorzy są, niby hale pełne, ale na końcu miesiąca Excel świeci się na czerwono jak bombsite po nieudanym retake’u.
I nagle wchodzi Maksym Krippa, właściciel NAVI, cały na czarno-żółto, i mówi: spokojnie, panowie, esport to bardzo dochodowy biznes. Brzmi jak prowokacja? Trochę tak. Ale w przypadku NAVI ta teza nie jest rzucona w próżnię.
Krippa w rozmowie z dev.ua stwierdził, że gdy przejmował NAVI w 2018 roku, organizacja była stratna i wymagała około 1,5 mln dolarów rocznego dosypywania pieniędzy, żeby w ogóle funkcjonować. Według niego sytuacja zmieniła się szybko, a dziś klub ma generować miliony dolarów zysku netto rocznie. To mocne słowa, zwłaszcza w branży, w której „zarabiamy” często znaczyło przez lata: „jeszcze ktoś nam wierzy i daje kolejną rundę finansowania”.
Najlepszy fragment? Krippa miał usłyszeć nawet od CEO NAVI, Yevhena Zolotarova, że z tego nie da się zrobić rentownego biznesu. Jego odpowiedź była prosta: „Nie mam nierentownych biznesów”. Trochę filmowe, trochę aroganckie, ale pasuje do historii organizacji, która z ukraińskiej legendy Counter-Strike’a stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek esportowych na świecie.
Dlaczego NAVI może zarabiać, gdy inni tną koszty?
Bo NAVI nie jest „kolejną organizacją esportową”. To marka z historią, lojalną bazą fanów i bardzo konkretnym produktem: oglądalnością.
Krippa wskazuje, że NAVI znajduje się w światowej czołówce pod względem godzin oglądania meczów. Według przytaczanych danych organizacja miała zebrać około 571 mln godzin oglądalności, co daje jej argumenty w rozmowach ze sponsorami. A sponsorzy nie kupują już tylko logo na koszulce. Kupują ekspozycję, społeczność, content, emocje i regularną obecność przy największych turniejach.
To jest klucz: w esporcie nie zarabia samo posiadanie drużyny. Zarabia ekosystem wokół niej. Sponsoring, prawa medialne, udział w ligach partnerskich, nagrody turniejowe, sprzedaż merchu, aktywacje z markami, content, akademie, czasem transfery zawodników. Sama drużyna CS2 może być prestiżowa, ale jeśli organizacja nie potrafi zmonetyzować uwagi, to prestiż nie zapłaci pensji.
NAVI ma tu przewagę, bo Counter-Strike nadal jest jednym z najbardziej nośnych tytułów esportowych. Do tego organizacja działa też w innych grach, między innymi w Valorancie, Dota 2 czy League of Legends. To rozkłada ryzyko. Gdy jeden tytuł siada, drugi może dowieźć wyniki, zasięgi albo sponsorów.
Ale nie udawajmy, że cały esport nagle pływa w złocie
Właśnie dlatego wypowiedź Krippy jest ciekawa, ale też trochę niebezpieczna, jeśli ktoś wyrwie ją z kontekstu. Bo NAVI może być rentowne. G2 może mieć mocną pozycję. Team Liquid może być globalną marką. 100 Thieves może mieć ogromną rozpoznawalność. Ale to nie znaczy, że model działa wszystkim.
Jeszcze we wrześniu 2025 roku G2 Esports, 100 Thieves i Team Liquid przeprowadzały redukcje zatrudnienia. Team Liquid miało potem kolejną rundę cięć w marcu 2026 roku. To nie są organizacje znikąd, tylko jedne z największych brandów w branży. Jeżeli takie firmy tną koszty, to znaczy, że problem nie leży w braku fanów, tylko w tym, że fan esportu nadal jest trudniejszy do monetyzacji niż fan tradycyjnego sportu.
I tu jest cały cholerny paradoks esportu. Publiczność jest młoda, globalna, zaangażowana, siedzi godzinami na Twitchu i YouTubie. Ale w wielu przypadkach nie płaci bezpośrednio za produkt. Nie ma stabilnego odpowiednika karnetów sezonowych, lokalnych praw telewizyjnych czy wielkich stadionowych przychodów. Esport przez lata żył z obietnicy: „to będzie następna wielka rzecz”. Problem w tym, że inwestorzy po pandemii zaczęli pytać: dobra, ale kiedy dokładnie?
Krippa mówi coś, czego branża nie lubi słyszeć
Najważniejsze w tej wypowiedzi nie jest nawet to, że NAVI zarabia. Najważniejsze jest to, że Krippa sugeruje coś prostego: esport może być rentowny, ale nie wybacza złego zarządzania.
To uderza w starą manierę organizacji, które pompowały pensje, zatrudniały wielkie działy contentowe, podpisywały influencerów za chore kwoty, a potem dziwiły się, że przychody nie nadążają. W czasach taniego kapitału można było udawać, że skala rozwiąże wszystko. Dziś już nie można.
NAVI wygląda na przykład organizacji, która zrozumiała, że marka esportowa musi być firmą medialną, sportową i komercyjną jednocześnie. Nie wystarczy mieć dobrych graczy. Trzeba jeszcze wiedzieć, komu sprzedajesz uwagę, jak budujesz wartość sponsorską i jak nie przepalać pieniędzy na rzeczy, które dobrze wyglądają w prezentacji dla inwestorów, ale nie robią wyniku.