Valve znowu zrobiło coś, co brzmi jak żart z Reddita, dopóki ktoś nie sprawdzi tego na własnym sprzęcie. Nowy Steam Controller potrafi wydać z siebie kultowy Wilhelm scream, kiedy wykryje upadek. Tak, dokładnie ten przesadzony, filmowy wrzask, który od dekad przewija się przez kino, gry i popkulturę.
Całą sprawę wyciągnął na światło dzienne użytkownik Reddita RF3D19, który wrzucił nagranie z kontrolerem upuszczonym na łóżko. Po chwili pad robi to, czego żaden zdrowy psychicznie pad robić nie powinien: drze się jak statysta spadający z klifu w starym westernie.
Najlepsze jest to, że to nie fake. PC Gamer sprawdził temat na własnym egzemplarzu i potwierdził, że Steam Controller naprawdę odtwarza Wilhelm scream po upadku. Działa to jednak dość kapryśnie. Nie wystarczy lekko stuknąć padem o biurko albo rzucić go sobie na kolana. Kontroler musi wykryć coś, co przypomina realny spadek, najlepiej na miękką powierzchnię. Po uruchomieniu efektu trzeba też chwilę poczekać, bo wszystko wskazuje na to, że Valve dorzuciło cooldown – prawdopodobnie po to, żeby gracze nie zamienili swoich nowych padów w sprzęt do testów zderzeniowych.
Najciekawsze jest jednak to, jak ten dźwięk w ogóle powstaje. Steam Controller nie ma klasycznego głośnika, przynajmniej nie takiego jak DualSense od PlayStation 5. Według PC Gamera najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że Valve wykorzystuje silniki haptyczne i czujniki ruchu. Innymi słowy: pad nie tyle „gra” dźwięk, ile próbuje go wywibrować. Efekt jest podobno cichy i trochę absurdalny, ale właśnie dlatego pasuje do Valve idealnie.
To nie byłby pierwszy raz, kiedy Steam Controller robi dziwne rzeczy za pomocą haptyki. Już przy poprzedniej generacji społeczność potrafiła programować silniczki tak, żeby wydawały rozmaite dźwięki. Valve najwyraźniej uznało, że skoro technicznie da się zrobić z pada mały teatrzyk audio, to równie dobrze może on wrzeszczeć przy upadku.
Wilhelm scream, czyli mem starszy niż większość graczy
Dla porządku: Wilhelm scream to jeden z najbardziej rozpoznawalnych efektów dźwiękowych w historii kina. Nagrano go na początku lat 50., a prawdziwą sławę zdobył dzięki filmom takim jak Star Wars i Indiana Jones. Przez lata stał się czymś w rodzaju branżowego mrugnięcia okiem. Kiedy ktoś spada, wybucha, zostaje trafiony albo dramatycznie znika z kadru, gdzieś w tle może pojawić się właśnie ten wrzask.
Dlatego użycie go w kontrolerze ma sens bardziej, niż powinno. Pad spada, więc krzyczy. Proste. Głupie. Bardzo Valve.
Steam Controller wyprzedał się błyskawicznie
Nowy Steam Controller trafił do sprzedaży za 99 dolarów, a zainteresowanie było natychmiastowe. Pierwsza pula zniknęła bardzo szybko, a gracze zaczęli narzekać na boty, skrypty i scalperów, którzy wykupili sprzęt, żeby potem wystawić go drożej na platformach odsprzedażowych.
Valve zareagowało systemem rezerwacji i limitem jednej sztuki na konto. Po otrzymaniu zaproszenia do zakupu użytkownik ma ograniczone okno czasowe na finalizację zamówienia. To rozsądny ruch, bo nowy pad Valve nie jest zwykłym kontrolerem „do wszystkiego”. To sprzęt celowany w ludzi, którzy naprawdę siedzą w ekosystemie Steam: PC, Steam Deck, Steam Machine, Steam Frame i granie z Big Picture Mode.
Mały żart, duży charakter
Ten easter egg nie zmienia funkcjonalności kontrolera. Nie sprawia, że gyro działa lepiej, touchpady są wygodniejsze, a analogi bardziej precyzyjne. Ale pokazuje coś ważnego: Valve nadal projektuje sprzęt z charakterem.
W branży, w której większość akcesoriów dla graczy wygląda jak ta sama bryła plastiku z innym logo, taki drobiazg robi robotę. Jest niepraktyczny, ukryty, trochę ryzykowny, kompletnie niepotrzebny – i właśnie dlatego ludzie będą o nim mówić.
Tylko serio: jak już musicie sprawdzić, czy wasz Steam Controller też krzyczy, rzućcie go na łóżko albo poduszkę. Valve zrobiło żart. Nie musicie od razu robić z niego testu gwarancyjnego.