Wielu, w tym dodam nieskromnie ja sam, spodziewało się, że Valorant przerodzi się w jeden z najważniejszych tytułów esportowych. Jednak tempo rozrostu nowej strzelanki z pewnością zaskoczyło nie jednego. Jak Riot w zaledwie dwa miesiące sprawił, że ich gra jest już poważnym tytułem esportowym?

Gdy Valorant był jeszcze w powijakach z roboczą nazwą Project A, plany rozwoju esportowej sceny gry rosły równolegle do planów samego FPSa. Co więcej, można nawet podejrzewać Riot Games o celowanie stricte w rynek esportowy. W końcu sukces League of Legends z pewnością rozbudził apetyty w studiu na zawładnięcie jeszcze jednym rodzajem gier. Mowa konkretnie o FPS, w których od lat rządził i dzielił CS:GO. Strzelanka z elementami taktyki – Valorant, a wcześniej Project A posiadał właśnie taki lead i od samego początku próbowano zaszczepić w głowach graczy tę myśl. Valorant powstał jako bezpośrednia konkurencja do dziecka VALVE, miała być to pierwsza gra, która zdoła zdetronizować legendę. Udowodnić coś reszcie, która próbowała sięgnąć po koronę, ale zawsze CS uciekał spod topora i po prostu bronił się grywalnością. Valorant miał być jednak inny.

Inny, a przede wszystkim lepszy. W lutym wymierzono pierwsze działa bezpośrednio w CS:GORiot zapowiedział, że w nowej grze będą:

  • serwery 128 tickrate
  • ping na poziomie 35 
  • walka z cheaterami

Głównie o te trzy punkty gracze błagają VALVE, ale ich prośby trafiają jak groch o ścianę. Co robi Riot? Otwiera drzwi, zawiesza szyld i na dodatek z głośników na ulicę roznosi się donośne “ZAPRASZAMY”. Zapraszamy, bo u nas to dostaniesz drogi graczu. Oczywiście masa ludzi to kupiła. 

Kopiuj-wklej

No dobrze, to co dało się poprawić, Riot rzeczywiście poprawił. Zrobił jednak coś jeszcze, by jeszcze bardziej ułatwić graczom przejście na Valoranta – brzydko mówiąc zerżnął masę pomysłów. Deweloper nawet z tym się niespecjalnie krył, po prostu zrobił podobne mapy z bombsite’ami, bronie również są podobne, posiadają tylko inne nazwy, a na dodatek mają też patterny odrzutu i niektóre zabijają “na raz”. Innymi słowy Valorant skopiował co się dało, a co można było jeszcze poprawić, to poprawił. Przepis na sukces? Tak, ale nie na stuprocentowy.

100% sukcesu wymagało o wiele większej pracy, niż dopracowanie gry i jej aspektów technicznych. Tak zyskamy tylko niedzielnych graczy, którzy niestety przy byle okazji będą skłonni przejść na inną grę. Ważnym czynnikiem utrzymującym zainteresowanie grą jest oczywiście esport. Jak Riot w zaledwie dwa miesiące po premierze gry doprowadził do sytuacji, że chociażby w Stanach Zjednoczonych mamy już naprawdę rozwiniętą scenę, a pule nagród wynoszą nawet 50 tysięcy dolarów?

Wyszło tutaj doświadczenie starego lisa, to znaczy Riotu. Producent jak mało kto zna się na robieniu esportów, rozbujał w końcu najpopularniejszą grę esportową na świecie – LoLa. W Valorancie postanowiono uderzyć w tryb profesjonalny już w wersji beta. Wskażcie mi inne gry, które podczas wersji beta miały tyle turniejów o naprawdę poważne pieniądze. Uprzedzam, będzie ciężko. Valorant z kolei już w tzw. szatni zaczął rozgrywać swój mecz. Już w przedbiegach rozpoczął triumfalny bieg. W wersji beta zaczął tworzyć scenę esportową. 

Wszystkie drogi prowadzą do Valoranta

Innym aspektem, który tak przyspieszył rozwój gry Riotu jest prawdziwy exodus graczy CS:GO, Fortnite’a i innych tytułów. Profesjonaliści zaczęli się interesować Valorantem jeszcze przed premierą bety, byli nawet tacy, którzy już wtedy zapowiadali rozpoczynaniem kariery. Co najważniejsze, nie były to byle pionki. Swag, mixwell, Hiko – w końcu to jedni z najsłynniejszych graczy na świecie w CS:GO. Nagle zmieniają jednak grę i obracają swoją karierę esportowca o 180 stopni. To oczywiste, że wzbudzą zainteresowanie. To jednak za mało. Przyciągną bowiem widzów samą swoją obecnością, ułatwią kibicom zapoznanie się z esportowym światem nowej gierki. Nie wiem jak wy, ale ja o wiele chętniej oglądam mecze, w których widzę znajome twarze, w których mogę zawiesić na kimś oko, obserwować go i mu kibicować. Gdybym miał oglądać mecz pełen anonimowych, zapewne znakomitych, ale nadal anonimowych i początkujących esportowców, to o wiele gorzej przyjmę to niż spotkanie, w którym gra mixwell. Bo Hiszpana po prostu znam, jest dla mnie taką kotwicą na środku oceanu. 

Przy innych gierkach, które były również głośno zapowiadane nie doświadczyliśmy czegoś takiego. Tu jednak warto wrócić do czwartego akapitu – Valorant to w pewnych momentach kropka w kropkę CS:GO. Z pewnością te podobieństwa zachęciły graczy do przejścia na nową grę i ułatwiły im stanie się pro. Stąd aż taki wysyp ex-graczy CSa w Valorancie. Jest to jednak jak mówiłem pozytywny aspekt napędzający scenę – zawodnicy przynoszą ze sobą popularność i widzów, a zyskują nowe pole do rozwoju kariery. 

Etap końcowy – turnieje

Riot również nie zamierzał czekać z założonymi rękami i wystartował po miesiącu od premiery ze swoją imponującą Serią Zapłon. Seria ta rzeczywiście rozpaliła scenę i rozgrzała ją do czerwoności. Zobaczymy w końcu na fakty – kilka tygodni po premierze gry mamy praktycznie co tydzień duże turnieje w Europie i USA. Na tych eventach grają najlepsi, są duże pule nagród, które dodatkowo podbijają prestiż oraz napędzają graczy do jeszcze lepszej gry. Te aspekty są kolejnym paliwem napędowym do silnika, który pcha scenę tej gry do przodu. 

Wszystkie te punkty złożyły się w piękną całość, dzięki której mamy obecnie naprawdę rozwiniętą scenę. Nie powinno to jednak dziwić – muszę się powtórzyć, ale chcę by to dobrze wybrzmiało – za Valoranta zabrali się profesjonaliści. Widać to w każdym calu jak esport w tej grze jest doskonale prowadzony od A do Z. Jest plan działania, jest wizja, jest w końcu realizacja i ludzie, którzy chętnie to robią. To musiało po prostu wypalić.