Przygoda jedynego reprezentanta Polski w turnieju King of Battles szybko dobiegła końca. Walkę o honor Starego Kontynentu kontynuuje jednak młody Francuz – Clem.

Za nami rozgrywki dwóch pierwszych grup w ramach turnieju King of Battles o łącznej puli nagród wynoszącej 30 tysięcy dolarów. Otwarte kwalifikacje pękały w szwach od zawodników światowej klasy, więc nic zatem dziwnego, że zawody mogą pochwalić się gamą szesnastu, wyłącznie najlepszych zawodników z całego globu. Zebrane grono zostało podzielone na cztery grupy, zaś śmiałkowie, którym uda się wywalczyć awans, kontynuują walkę o nagrody pieniężne w play-offach.

W zbiorze oznaczonym literą A mogliśmy obserwować jedynego Polaka w turnieju. Co ciekawe, nie był to Mikołaj „Elazer” Ogonowski, lecz nieco mniej widywany w ostatnich czasach Grzegorz „MaNa” Komincz. Niestety, Protoss spod szyldu Team Liquid w wyniku losowania trafił do istnej grupy śmierci, gdzie mierzył się z Serralem, Maru oraz Trapem. Nasz rodak miał okazję zmierzyć się wyłącznie z Azjatami, którzy pozostali wobec niego bez litośni. Dwie porażki z rzędu szybko zakończyły jego szanse na awans.

Lepiej od Komincza poradził sobie jego kolega z drużyny, Clement „Clem” Desplanches. Młody Francuz trafił do grupy z TY, RagnaroKiem oraz uThermalem. W swoim pierwszym spotkaniu uległ koreańskiemu Zergowi, aby następnie przedrzeć się przez drabinkę przegranych. Tam jego rywalem w pierwszej kolejności okazał się drugi Europejczyk, natomiast w meczu decydującym ponownie stanął w szranki z reprezentantem Alpha X, który tym razem został zmuszony do uznania jego wyższości.

Kolejne spotkania w ramach turnieju King of Battles ruszą już dziś o 13:00. Polski komentarz prosto z pola bitwy realizuje Igor „Indy” Kaczmarek.