AGO ROGUE dopięło swego i wywalczyło puchar na EU Masters. Co tak naprawdę dał im epizod w europejskich zawodach poza zastrzykiem gotówki i możliwością indywidualnego pokazania się szerszej publice oraz przyszłemu pracodawcy? Nic.

Wczoraj odbył się Wielki Finał EU Masters, w którym znalazł się polski akcent w postaci AGO ROGUE. Zmagania rozgrywane były w formacie BO5, ale żeby poznać zwycięzcę potrzebne były zaledwie trzy pojedynki. Zespół z trzonem złożonym z naszych rodaków przejechał się po GamerLegion i po raz pierwszy w historii sięgnął po tak prestiżowe trofeum. Jeżeli chcecie przeczytać więcej na temat spotkania, zajrzyjcie pod ten adres.

Ja natomiast przejdę do całkiem sporego problemu, z którym zmaga się scena League of Legends, która posiada model franczyzy. Siedząc w nocy pomyślałem sobie bowiem – okej, AGO wygrało EU Masters, ale jakie jest dla nich kolejne wyzwanie? Przychodzi Wam coś na myśl? Nie? Mi też nie. Po prostu go nie ma. Ekipę prędzej, czy później czekają pewnie roszady, ponieważ pracodawca posiadający większe możliwości rozwoju będzie chciał zatrudnić niektóre osoby u siebie i tak naprawdę historia paczki, która obecnie przeżywa wyjątkowe chwile radości w gnieździe, zakończy się raczej bardzo szybko, a szkoda.

Umówmy się – tak nie powinno być. To ogromna wada Lola siedzącego w pełni we franczyzie, że osiągając sukces na EU Masters jako zespół nie zdobywasz nic poza pieniędzmi. I tak – wiem, że grubość portfela również się w życiu liczy, ale sądzę, że AGO ROGUE byłoby jeszcze bardziej szczęśliwe, gdyby mogło sprawdzić się w obecnym składzie w rozgrywkach na poziomie wyżej, czyli LEC. Niestety – aby tam wejść potrzebujesz worka pełnego dolarów. W zasadzie to kilku dużych worów. Dopiero wtedy możesz rozmawiać o slocie. Co natomiast czeka Cię, jeśli niekoniecznie masz w tej chwili na to budżet? Powtóreczka. Walka o krajowe mistrzostwo, a następnie znowu rywalizacja w europejskim turnieju i tak w kółko.

Dla porównania. W piłce nożnej, gdy grasz w Lidze Europy i zostajesz w niej najlepszą drużyną, automatycznie przechodzisz do zawodów z większym prestiżem – Ligi Mistrzów, w której występują najlepsi. Masz zatem szansę, którą albo wykorzystasz, albo wrócisz tam gdzie byłeś i będziesz musiał na nowo próbować się przebić. Zaraz ktoś powie, że nie powinienem dawać przykładu ze sportu. Nie ma problemu – spójrzmy więc na Counter Strike'a, który jest esportem, tak jak League of Legends. Powiedzmy, że jesteś właścicielem organizacji, która posiada w miarę mocną dywizję biorącą udział w ESEA MDL. Na koniec sezonu czołowe formacje – w tym Twoja – dostają się na Global Challenge i walczą o część pieniężnej puli nagród oraz… UWAGA… SLOT W ESL PRO LEAGUE. We wspomnianej lidze czekają giganci i jeszcze większa kasa do zgarnięcia. Ekipa, która wkracza na listę uczestników takiego wydarzenia przede wszystkim ma okazję zaczerpnąć masy doświadczenia, a kto wie – może nawet pozytywnie zaskoczyć i zostać w zmaganiach na kolejny sezon. EPL otwiera również furtkę do zdobywania większej ilości punktów w światowym rankingu HLTV, na podstawie którego organizatorzy innych imprez wysyłają zaproszenia. Czy to wszystko ma sens? No pewnie, że ma! Aż chciałoby się, żeby tak było w LoLu.