Historia została napisana. Mistrzowie poprzedniego sezonu League of Legends Championship Series po raz pierwszy od założenia ligi nie wezmą udziału w fazie pucharowej następującej edycji.

Niedzielna noc okazała się druzgocąca zarówno dla fanów Team Liquid, jak i dla samych zawodników i członków amerykańskiej organizacji. Doublelift i spółka podnieśli przez ostatnie dwa lata każde z czterech trofeów Ameryki Północnej. Pierw zrobili to z Pobelterem i Olleh kolejno na midzie i na supporcie, jednakże pomyślne wyniki w LCS nie przeniosły się na międzynarodowe salony. Z miernymi wynikami dosyć prędko Liquid pożegnało się w 2018 z MSI i Worldsami, kończąc zmagania na obu turniejach na fazie grupowej.

Następujący rok miał być inny. Obecnego mid lanera CLG zamieniono na Jensena z Cloud 9, który był ulepszeniem w każdym aspekcie rozgrywki. Na dolną alejkę za Olleha przyszedł mistrz świata, CoreJJ, który swoją grą wskazywał, że swoje najlepsze lata ma dopiero przed sobą. Zresztą, indywidualne osiągnięcia wspierającego to udowodniły – w 2019 roku został on MVP jednego z amerykańskich splitów. Gra pierwszych w historii czterokrotnych z rzędu mistrzów LCS skupiała się głównie na bot lane, a świetna dyspozycja duetu Doublelifta i CoreJJa idealnie pasowała do tego planu. Wszystko sprawdzało się perfekcyjnie, na Mid-Season Invitational 2019 graczom w biało-niebieskich trykotach zdołali pokonać Invictus Gaming, mistrzów świata z sezonu przed. Druzgocąca porażka w finale przeciwko G2 Esports nie zostawiła cienia wątpliwości. Liquid potrzebuje jeszcze odrobiny czasu i doszlifowania synergii, na czego osiągnięcie mieli przed sobą cały letni split.

Summer Split okazał się nie być tak łatwy jak być powinien. Nowa ekipa Jensena wręcz męczyła się w fazie pucharowej, w której ewentualnie wywalczyli czwarte z rzędu mistrzostwo. Po samej grze Liquid niestety było widać wciąż te same błędy i nieumiejętność obrania innej strategii od grania przez bot lane, co w większości przypadków działało. Była to jednak cecha, która mogła być z łatwością wyeksploatowana przez potencjalnych przeciwników na najważniejszym turnieju w roku, jakimi są Mistrzostwa Świata. Obawy się sprawdziły. Pomimo startu od wygranej, rozgrywki grupowe finaliści MSI ukończyli z wynikiem 3-3, co nie dało im dalszego awansu.

Ponowne nie spełnienie oczekiwań wymusiło kolejne zmiany. Tym razem kozłem ofiarnym został Xmithie, za którego wszedł Broxah. To wiązało się z nowym stylem gry. Duńczyk naciska na środkową fazę gry, co było dla Liquid w zupełności czymś innym. Po dwóch latach świetności na własnym podwórku i odbijania się od faz grupowych na turniejach rangi międzynarodowej, dojście leśnika z fnatic miało być jednoznaczne z wejściem na poziom wyżej. Z pójściem w ślady fnatic i G2 Esports, które przecież dochodziły do finałów Worldsów. Jak można dzisiaj zauważyć, te założenia się nie sprawdziły.

Samych powodów porażki czterokrotnych mistrzów, jaką jest ten sezon, jest o wiele więcej. Brak motywacji przez niektórych graczy, falstart w sezonie przez kłopoty z wizą Broxaha, niesatysfakcjonująca dyspozycja Impacta, chwiejna forma Jensena. Fundamenty Liquid zaczęły się rujnować i to na każdym froncie. Niedzielne spotkanie z Cloud 9 było z kategorii „to be or not to be”, a w większym obrazie był to jeden z pierwszych warunków, który musiałby zostać spełniony, żeby CoreJJ i spółka znaleźli się w play-offach. Rozpoczęło się ono od dominacji liderów, lecz czymże by było LCS bez emocji wywołanych nielogicznymi zagraniami. Po parunastu minutach Liquid rozpoczęło swój marsz po comeback, tylko po to, żeby w decydujących momentach zostać pokonanym przez backdoor Zvena i Vulcana.

Co dalej? W świetle koronawirusa najprawdopodobniej trzeba będzie pozwolić opaść pyłowi po play-offach. Dopiero wtedy spodziewałbym się wyjścia na światło dziennie jakichkolwiek ogłoszeń. Patrząc na to, jak bardzo przeładowany weteranami jest skład Liquid, oczekiwałbym raczej kolejnych rotacji, niżeli zatrzymania tej samej piątki.