Po wymęczonej, pełnej serii best of five z Cloud 9, Team Liquid pobiło rekord. Doublelift i spółka zrobili coś, czego nikt jeszcze nigdy nie zrobił w amerykańskiej lidze – cztery tytuły mistrza z rzędu.

Dzisiejszy wieczór w Detroit był jednym z najważniejszych w historii League of Legends Championship Series. Obydwie formacje w nim występujące miały już przed nim zarezerwowane loty do Europy na Worldsy. Gra odbywała się w takim razie jedynie o puchar, chwałę, i udowodnienie, kto jest najlepszy w Ameryce.

Na początku pierwszego spotkania to Team Liquid zebrało zabójstwa, zarówno na górnej, jak i na dolnej alejce. Był to ciekawy kontrast, jako że wybór bohaterów przez trzykrotnych mistrzów z rzędu mocno wpisywał się w dzisiejszą metę. To właśnie Cloud 9 z Veigarem granym przez Nisqy'ego grało, żeby tą metę skontrować. Ta nietypowa kompozycja podopiecznych Reapereda niezbyt się sprawdzała. Po kilku wygranych bójkach Team Liquid zabrało Barona Nashora. Z cennym buffem i przewagą dziesięciu tysięcy złota, zaczęli oni oblężenie bazy Cloud 9. Prędko im się je powiodło, jako że licznik czasowy wskazywał 30 minute.

W drugiej grze Cloud 9 wciąż starało się counter pickować wybory Doublelifta i spółki. Widać to było między innymi na górnej linii, gdzie na popularnego dzisiaj Aatroxa wybrali Kleda. Wykazali się już od najwcześniejszych minut ogromną agresją, która niestety nie zawsze im wychodziła. Pomimo małych błędów podczas inicjacji teamfightów, Cloud 9 potrafiło sobie wyrobić solidną przewagę. Jednak dopiero dwa Barony pozwoliło Sneaky'emu i spółce na zamknięcie gry i wyrównanie serii.

Czyżby marzenia miałyby legnąć w gruzach?

Na początku trzeciej rozgrywki w serii akcja oscylowała głównie wokół głównej alejki. Na początku łupem Jensena padł Nisqy. Tak padł first blood. Potem większość potyczek, już z udziałem leśników obydwu stron, również działa się w tamtej okolicy. Były one dosyć wyrównane, dlatego w 11 minucie był już wynik na tabeli wyników 6:6. Liczniki złota również były równie sobie. Od tamtego momentu to Svenskeren i spółka znacznie lepiej prowadzili teamfighty, od których aż się roiło na Summoner's Rift. Wyglądało na to, że Cloud 9 szybko zamieni te korzyści na zniszczone fortyfikacje, ponieważ posiadali dwa górskie smoki. Ich buffów użyli do zebrania Barona, który otworzył im drogę do nexusa ekipy Doublelifta. Padł on po wybiciu 25 minuty.

W czwartej części serii najbardziej widoczny był mid laner finalistów MSI, Jensen. Wybrał on definitywną kontrę na Qiyane, która była w rękach Nisqy'ego, czyli LeBlanc. To on poprowadził Team Liquid do sukcesów w potyczkach w środkowej fazie gry, które potem zaowocowały wynikiem 2:2 w best of five. W drafcie do finałowej części serii mocno oberwali dżunglerzy, dlatego Xmithie został zmuszony do takiego wyboru jak Xin Zhao. Bohater z włócznią zdecydowanie jednak pomógł ewentualnym mistrzom w przejęciu wcześnie kontroli, której w piątej grze nigdy nie oddali. Kiedy zbliżała się 30 minuta, ich łupem padł pierwszy Baron. Był on jedynie formalnością, jako że w tamtym momencie gra była już przesądzona. Niedługo potem baza C9 padła po raz ostatni.

Team Liquid podobnie zapisuje się jako pierwsza drużyna Ameryki. Obie ekipy przez kolejny miesiąc będą przygotowywać się do mistrzostw świata w Europie. I tutaj powstaje pytanie. Na scenie międzynarodowej to zawsze Cloud 9, niezależnie jak poradziło sobie na domowej ziemi, dawało najlepsze wyniki z drużyn Amerykańskich. Czy w tym roku będzie inaczej? Przekonamy się już za lekko ponad miesiąc.