Marcin „iBo” Lebuda to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich zawodników górnej alei. Wicemistrz wiosennego European Masters i zwycięzca czwartego sezonu Alior Bank Ultraligi w obliczu ostatnich wydarzeń i nadchodzących wyzwań odpowiedział na kilka naszych pytań.

Daniel Hudoń: Jak czułeś się rozpoczynając zmagania w czwartym sezonie Ultraligi, zwłaszcza po udanym występie na European Masters?

Marcin „iBo” Lebuda: Oczywiście odczuwałem dużą presję, ale działała na mnie motywująco. Po drugim miejscu na European Masters każdy oczekiwał, że nie przegramy ani jednej mapy. Wiedziałem jednak jakie są realia – noga czasem może się powinąć. Grałem jednak z myślą, że to play-offy są najważniejsze, a w zasadniczym sezonie może nam pójść nieco gorzej. Ostatecznie poszło nam całkiem średnio, ale udało się nadrobić.

Oczekiwałem, że uda nam się zająć pierwsze miejsce w obu etapach Ultraligi. Wyszło, jak wyszło, jednak zupełnie się tym nie przejmuję. Play-offy i European Masters są o wiele ważniejsze i w zasadzie wszystko jest jeszcze przed nami.

Czwarte miejsce K1CK Neosurf w rozgrywkach zasadniczych było według wielu rozczarowujące.

Ciężko mi wskazać przyczynę. Mam wrażenie, że słabi jesteśmy w best of 1, pierwsza zazwyczaj idzie na rozgrzewkę. Nawet na scrimach pierwszą mapę zawsze średnio gramy. Może jest to kwestia formatu, nie było czuć hype’u. Ogólnie format BO1 średnio mi się podoba, ale nie chcę szukać wymówek – po prostu przeciwnicy zazwyczaj byli lepsi w tych meczach, które przegrywaliśmy.

Zmagania w play-offach rozpoczęliście od meczu na Illuminar Gaming. Czy pomimo jednostronnego wyniku, mecz był dla was jakiegoś rodzaju wyzwaniem?

Wiedzieliśmy, że jesteśmy faworytami. Mimo wszystko wydawało mi się, że na tle pozostałych drużyn – Gentlemen’s Gaming czy Komputronik H34T –  to właśnie Illuminar jest najsilniejsze i mecz przeciwko nim będzie największym wyzwaniem. Poszło jednak całkiem sprawnie. Nieco zdziwiłem się, że wygraliśmy aż tak łatwo. Myślałem, że może być 3-1, ale wygraliśmy bardziej przekonująco.

Wchodząc do spotkania, byłem pewien swojej pozycji i triumfu, jeśli nie zawiedzie chociażby dyspozycja dnia. Szanse określiłbym na 80/20 dla nas.

Play-offy wraz z postępem stawały się cięższe?

Gentlemeni od początku wydawali mi się łatwiejsi niż iHG. Inaczej sytuacja wyglądała z 7more7 Pompa Team, na które w spotkaniach BO1 grało mi się bardzo ciężko, być może ciężej niż na AGO ROGUE. Dlatego też nie wiedziałem jak będzie w BO5 przeciwko Pompie, bo też nigdy na nich nie graliśmy w tym formacie.

Była to dla mnie niewiadoma, ale wiedziałem, że Pompa sprawi większe trudności niż pozostałe drużyny, bądź nawet nas pokona. Wierzyłem zawsze, że wygramy Ultraligę, ale jeśli miałbym wskazać drużyny, które mają największe szanse nas pokonać, byłyby to właśnie Pompa i AGO. Jest to jednak zupełnie oczywiste.

Grając na Pompę mierzyłeś się na górnej alei z Sinmivakiem. Odczułeś zagrożenie ze strony młodego pokolenia?

W trakcie meczów staram się nie patrzeć na nick przeciwnika. Skupiam się na championie i drużynie. W trakcie scrimów trenuję na naprawdę dobrych zawodników, przez co jestem pewien swoich możliwości i tego, w jaki sposób zagram. Nie obawiam się rywalizacji z jakimkolwiek zawodnikiem.

Uważam, że jest to słuszne podejście i polecam je każdemu. Można nawet wyłączyć w grze nicki, skupić się na championie i nie myśleć o przeciwniku. Znam graczy, którzy blokują się mentalnie na niektóre osoby i jest to bardzo niezdrowe. Dlatego dążę do tego, aby na każdego zachowywać stały poziom.

Perspektywa wielkiego finału na AGO ROGUE była dla zespołu źródłem stresu lub motywacji?

Na AGO mieliśmy w sezonie zasadniczym 50% winratio, w poprzednich play-offach również. Spotkania w małym i dużym finale zakończyły się wynikami 3-1, jednak w ważniejszym meczu na korzyść rywali.

Zupełnie nie odczułem presji przeciwnika, bardziej spotkania. W końcu to był duży finał, odczuwałem potrzebę większego skupienia: teraz albo nigdy. Na kilka dni przed meczem mocno trenowałem, ćwiczyłem różne matchupy, dużo oglądałem. Pewność siebie gracza można wybudować na przestrzeni czasu, a następnie ją podbudowywać poprzez trening czy dobre wyniki na solo kolejce.

Jakie są twoje oczekiwania wchodząc do głównego etapu European Masters, zwłaszcza po ostatnim występie?

Chciałbym wygrać cały turniej, oczywiście. Jestem też świadomy, że w poprzednim splicie nasz wynik był więcej niż zadowalający. Tak, zajęliśmy drugie miejsce i o tym każdy pamięta. Mało osób pamięta jednak, że spotkania na wiosennym EU Masters były bardzo bliskie. Nawet, gdy wygrywaliśmy 2-0, nie były to w żadnym wypadku stompy. Za stomp także nie uważam przegranego finału. Z samych grup ledwo co wyszliśmy. Jest to kombinacja, nie wiem do końca czy szczęścia, ale umiejętności z dobrym ułożeniem rozgrywek.

Mimo że ostatnio zajęliśmy drugie miejsce, tym razem możemy nawet nie wyjść z grupy. Nakładana presja jest całkiem duża, wiele osób oczekuje od nas zajęcia pierwszego miejsca. Osobiście jestem realistą i uważam, że przebieg turnieju będzie bardzo bliski. Każda drużyna, z którą będziemy grali, jest na wysokim poziomie, zbliżonym do nas. Dam z siebie wszystko, ale zobaczymy, jak to wyjdzie. Nie chcę się nastawiać na zajęcie pierwszego miejsca, transferu całej piątki do LEC czy zostania gwiazdami Ameryki.

Jak oceniasz grupę, w której znaleźliście się na European Masters?

Na tle innych Polaków nasza grupa jest całkiem średnia. Wydaje mi się, że 7more7 Pompa Team ma najciężej, zaś AGO ROGUE najłatwiej.

Naszą grupę scharakteryzowałbym nastepująco: mamy trzy mocne ekipy oraz Samsung Morning Stars. Będziemy walczyć z Schalke oraz LDLC o awans. Oczywiście nie będzie łatwo, ale wszystko jest do osiągnięcia. Nie jest najgorzej – gdybyśmy zamiast Morning Stars dostali Fnatic, byłoby ciężej.

Nie masz żadnych obaw dotyczących rywalizacji z LDLC, które pokonało was w finale wiosennego turnieju?

Co do LDLC, sam nie jestem przekonany, na jakiej zasadzie ta drużyna działa. W trakcie scrimów niemal zawsze na nich wygrywaliśmy. Wydaje mi się, że presja finału, cała otoczka hype’u związanego z Pukim i K1CK Neosurf nas nieco zjadła. To była bardziej dyspozycja dnia niż faktyczna przegrana. Nie sądzę, że są wiele lepsi od nas, a nawet jeśli są, zupełnie tego nie odczuwam.

Chwilę temu wspomniałeś o transferach. Po udanym występie na wiosennym EU Masters oczekiwałeś interesujących ofert?

Praktycznie nikt z K1CK nie dostał oferty z LEC, co muszę przyznać, nieco mnie zdziwiło. Ogólnie propozycje jednak się pojawiały, każdy z nas dostał ich przynajmniej kilka. Wspólnie ustaliliśmy, że jeśli ktoś z drużyny nie dostanie zaskakująco dobrej oferty, dwukrotnie przebijającej obecne warunki, to zostaniemy w dotychczasowym składzie i powalczymy o pierwsze miejsce w kolejnym splicie. Wymieniliśmy jednego zawodnika, ale ostatecznie zostaliśmy razem.

Podobny gentlemański układ będzie obowiązywać także teraz?

Nie nazwałbym tego gentlemańskim układem. Nazwałbym go gentlemańskim, gdyby ktoś dostał niesamowicie dobrą ofertę i nie skorzystał, bo nie wypada. Tutaj nikt nie chce nikogo blokować. Każdy czuje, że nawet gdyby dostał więcej pieniędzy w innej drużynie, to jej inny aspekt mógłby być znacznie gorszy. Nie ma sensu iść na niezbadane tereny, gdy obecna organizacja zapewnia bardzo dobre warunki.

Wracając do pytania, czy na kolejny sezon będziemy chcieli zostać w identycznym składzie: tego nie wiadomo. Prawdopodobnie to wszystko będzie zależne od innych ofert. Jeśli te nie będą oszałamiające, a będziemy czuć się komfortowo, grając ze sobą, być może tak będzie. Dużo będzie zależeć od European Masters, ale też jak mówiłem, nie chcemy się wzajemnie blokować. Zależy nam rozwoju i każdy zrozumie ewentualne odejście do innej drużyny, bądź podjęcie innego ruchu w swojej karierze.

W przeszłości często określano cię najlepszym toplanerem na polskiej scenie. Nadal się nim czujesz, pomimo młodych zawodników i napływu importów?

Wiadomo, konkurencja istnieje. Nie chcę zabrzmieć na zbyt cocky, ale jestem pewien swoich umiejętności. Nie wiem nazwę siebie najlepszym toplanerem, jednak do tego dążę. Nie mam zamiaru dawać innym pola do popisu i ciągle walczę o takie miano, choć nie wiem, czy ono istnieje.

Obecnie ciężko jest określić kogoś najlepszym zawodnikiem na danej roli. To często się zmienia, a poziom pomiędzy zawodnikami uległ wyrównaniu. Nie mówię tutaj nawet o samej Ultralidze, a o całym świecie. To nie są już czasy, gdy występowałem w Illuminar, kiedy każdą drużynę biliśmy do zera. Wtedy zupełnie nie było konkurencji, a obecnie jest jej znacznie więcej. Moim zdaniem współcześnie znacznie ciężej jest zostać najlepszym na danej pozycji niż kiedyś.

Jak polska scena League of Legends ewoluowała na przestrzeni lat z perspektywy gracza?

Ultraliga wprowadziła rewolucję na scenie. Zabrakło mniejszych LAN-ów, na rzecz jednej dużej ligi. Niegdyś mogliśmy grać w Polskiej Lidze Esportowej czy ESL Mistrzostwach Polski. Tak się kiedyś grało, od turnieju do turnieju. Czy to wyszło na plus? Oczywiście, duża liga wprowadziła sporo stabilności. Wydaje mi się, że widz też może preferować regularne rozgrywki zamiast rozrzuconych turniejów.

Osobiście wolałem, gdy scena opierała się na LAN-ach. Jestem fanem systemu występującego w CS-ie, gdzie występuje mnogość zawodów, bardziej odpowiadałby mi taki format. Mimo wszystko Ultraliga, na tle innych lig regionalnych – hiszpańskiej, francuskiej czy niemieckiej – wali je wszystkie na łeb. Jest najbardziej profesjonalna, zarówno pod względem produkcji, jak i występujących drużyn. Ostatnio potwierdziliśmy, że jesteśmy na wysokim poziomie.

W jakim punkcie kariery widzisz siebie w perspektywie najbliższych lat?

Moim celem jest oczywiście LEC. Czy się tam dostanę, tego nie wiem. Miałem dostać się jakiś czas temu, a obecnie z każdym rokiem jest coraz trudniej. Młodsi gracze mają pierwszeństwo.

Nawet gdybym nie dostał się do LEC, to widzę siebie stompującego jakąś ligę regionalną, grając w jakiejś akademii lub dalej w K1CK Neosurf. Nieważne gdzie będę grać, chcę być po prostu najlepszy.

Daniel „Vecarius” Hudoń – śledź autora na twitterze →