Witam serdecznie w moim pierwszym felietonie, które mam nadzieje będą na łamach ESPORT NOW pojawiać się w miarę często. Czego będą dotyczyć? Głównie przeżytych przeze mnie historii, anegdot i sytuacji ze świata e-sportu nie raz zawierających moją osobę. Finały 10 sezonu Intel Extreme Masters natchnęły mnie do popełnienia tego tekstu.


Na początku chciałbym przytoczyć historię o pierwszym moim wypadzie na IEM, była to również pierwsza moja wizyta na imprezie o takim poziomie i rozmachu. Po niej e-sport w Polsce nie był już taki sam.

„18-20 stycznia przystanek VII sezonu IEM odbędzie się właśnie w Katowicach!”. Dzisiaj taka informacja nie robi już na nikim wrażenia. „Znów w Katowicach? Przecież to już tradycja…”. Natomiast wówczas w 2013 roku dla niewielkiej grupy fanów sportów elektronicznych nawet jako przystanek, a nie finały była to nie lada gratka. Pierwszy taki duży event tak blisko od domu, jakieś półtorej godzinki spokojnej drogi samochodem?! Do tego wejście za darmo?! To się nie dzieje naprawdę.

Nie dużo myśląc zebraliśmy paczkę znajomych z okolicy, „ściepa na bene” i jedziemy. Za oknem metr śniegu jak to w styczniu, co ciekawe w okolicach Pszczyny zwinęli asfalt na noc – tak naprawdę były jakieś dziwne roboty drogowe, więc droga wydłużyła nam się do 2 godzin. Na miejscu przywitał nas zatłoczony parking, tłumy ludzi przed wejściem, już z zewnątrz katowicki spodek robił na mnie niezłe wrażenie (tak widziałem go pierwszy raz) pomimo tego, że cała prawa strona była odcięta pracami remontowymi, nikt jeszcze wtedy nie rozmawiał o rozbudowie o MCK (Międzynarodowe Centrum Kongresowe) zresztą kogo to obchodziło, był IEM i tylko to się liczyło.

Spodek IEM 2013 © Flickr ESL
Spodek IEM 2013 © Flickr ESL

A głównie liczyło się wejście do środka. Na zewnątrz temperatura minusowa, już nie pamiętam dokładnie ile na minusie, ale miasto rozstawiło koksowniki, aby ludzie nie pozamarzali na zewnątrz, więc może to  nieco przedstawi sytuacje jaka panowała. Wejście darmowe – piątek, masa młodzieży czekających na darmowe wejście. Sami organizatorzy chyba nie przewidzieli ile osób odwiedzi przystanek IEM.

Udało nam się szczęśliwie i dosyć blisko zaparkować, wejść do spodka było kilka, ustawiliśmy się w najkrócej wyglądającej kolejce, które miały szerokość kilku osób, o długości nie muszę raczej wspominać. Nie będę ukrywać, że już stanie w samej kolejce budziło fajne emocje. W trakcie naszego 3-4 godzinnego czekania na wejście zmarzliśmy na kość. Kolejki „ożywały” i próbowały z siłą napierać na wejście i pilnujących ich ochroniarzy, działało to na ich niekorzyść, ponieważ wówczas dostawały czasowego „bana” na wejście. Gdy staliśmy w lewej kolejce do głównego wejścia, prawa kolejka dostała właśnie takiego bana, wchodząc słyszeliśmy ich tymczasowe wspólne motto niesione głosami prosto z serca (uwaga cytat) „J&*$ć, J$%#ć lewą kolejkę!!!” Myślę, że niejeden klub piłkarski pozazdrościł by takiego „wsparcia”.

Spodek katowice © DziennikZachodni.pl

Na wejściu zostałem dokładnie obszukany, na marginesie planowałem w Katowicach zostać na noc i następny dzień IEM (znajoma studiująca w Katowicach zgodziła się mnie przekimać w zamian za przysłowiową „flaszkę” ), więc miałem ze sobą małą torbę, która mieściła czyste gacie, koszulkę i podstawowe przybory higieny osobistej i właśnie tam Pan ochroniarz doszukał się resztek, nie drogich (na szczęście) perfum których musiałem się przy nim pozbyć. Jak to z imprezami masowymi bywa – nie wpuszczano z napojami i innymi płynami w szklanych pojemnikach. Z ciekawostek od ochroniarzy dowiedziałem się jeszcze, że jeden jegomość  próbował przemycić katanę w skali 1:1 – niestety z kaptura wystawała mu rękojeść…

W środku szybka wizyta w szatni i biegniemy szukać wolnych miejsc. W tym miejscu zaczyna do Ciebie docierać ogrom wydarzenia, chaos głośnych dźwięków, przytłumiony komentarz biegnący z wnętrza Spodka, cosplayerzy, ludzie biegający z autografami i aparatami. Akurat trafiliśmy na moment gdy skończył się jeden z meczów, więc zalała nas fala wychodzących do ubikacji, za jedzeniem i innymi potrzebami w przerwie meczu ludźmi.

Scena IEM 2013 www.dziennikzachodni.pl

Wchodząc zaskoczeniem był ogrom sceny – potężna konstrukcja, ekrany, nagłośnienie jak na koncercie rockowym – to się działo naprawdę, pełna profeska. Na środku scena którą z polskiej strony prowadzili  Tadeusz 'Zooltar' Zieliński oraz Marcin ItzMorglum Lelontko (teraz dinozaury). Po lewej stronie odbywał się turniej Ligi Legend natomiast po prawej zasiadali widzowie Starcrafta DWA. Główną grupą zajmującą ten sektor były osoby należące do podziemia hardkorowych graczy – forum NetWars (które istnieje do dzisiaj, ma się świetnie i potrafi organizować się w niesamowity sposób, który zresztą podziwiam)

Na IEM 2013 – NW poza niesamowitym dopingiem przygotowali ogromną biało czerwoną flagę  którą puszczali po trybunach – w skrócie działa się magia. Nikt nie spodziewał się dopingu jaki serwowała polska publiczność, to właśnie ta publiczność w 2013 roku przyczyniła się do tego że gracze i komentatorzy z całego świata docenili klimat i doping panujący w katowickim spodku. I nie chodziło tylko o doping naszych rodaków, gratulacje i wiwaty jakie otrzymywali zagraniczni zwycięzcy nigdzie indziej w poprzednich tego typu turniejach i imprezach nie miały miejsca – tłumy szalały.

Szalejący NetWars © DziennikZachodni.pl

Fnatic vs SK – 53 minuta gry kiedy to xPeke decyduje się skończyć mecz osobiście, skrót tej akcji ma dzisiaj ponad 7 000 000 odtworzeń. Backdoor, który sprawił, że w trwającym  równolegle turnieju SC2 trzeba było spauzować rozgrywkę – pełny spodek wpadający w euforie wywołał drżenie stolików graczy i uniemożliwił dalszą grę. Komentatorzy nie wiedzieli co się dzieje, musieli przeczekać ten sztorm.

Ciekawe ile kosztowały by łzy Ocelota, które wówczas uronił.

Można powiedzieć że Xpeke zagrał tak dobrze, że zaznaczył swoją obecnością międzynarodowy turniej w grze, której mógł w życiu nawet nie zainstalować. Szacunek.

Gdy już emocje opadły  odwiedziłem część wystawową mieszczącą się za sceną – ciasno, jedynie kilka stoisk głównych partnerów imprezy, czyli Intel,Steelseries itp. Masa ludzi próbująca dorwać darmowe gadżety bądź wziąć udział w pobocznych turniejach, parę uśmiechniętych dzieciaków z wielkimi siatami, którzy znaleźli się w odpowiednim miejscu i czasie bądź byli na tyle zdeterminowani, aby wziąć udział i wygrać jeden z turniejów. Tutaj swoją drogą zazwyczaj towarzyszyli im rodzice którzy z jakiś dziwnych przyczyn dali się namówić na 3h stania w kolejce, a teraz ich miny przedstawiały niedowierzanie na widok który mają przed oczami – Skąd tu tyle ludzi? Dlaczego oni się tak cieszą? Dlaczego mój syn dostał właśnie kartę graficzną o wartości połowy mojej pensji?! To przecież tylko gry komputerowe…

Po zakończonym dniu rozgrywek wycieńczony udałem się do knajpy, gdzie odbywał się wcześniej umówiony „afterek” dla starcraftowych kibiców – Biała Małpa ugościła nas bardzo dobrze, wspólnie omawialiśmy pojedynki, które jeszcze chwile temu miały miejsce. Wisienka na torcie – odwiedzili nas polscy reprezentanci – Nerchio, Tarson. Dla kibiców i fanów sceny było to niesamowite przeżycie tego chyba nie muszę ukrywać i wyjaśniać.

Jakiś czas później w internetach jako opinia do lokalu pojawił się wpis ” Miły lokal ale siedzi jakaś banda, która krzyczy i gada o grach komputerowych” co dosyć dobrze podsumowuje nasz pobyt w tamtym miejscu.


 

Słowem zakończenia – jeżeli kiedykolwiek miałeś styczność z grami e-sportowymi bądź chcesz się dowiedzieć czegoś więcej, poczuć ten niepowtarzalny klimat, pakuj się i jedź. Nieważne czy to na IEM Katowice czy małego LANa na końcu świata.

E-sport z dnia na dzień staję się coraz bardziej popularny. Dla mnie IEM Katowice 2013 był początkiem przygody, która ciągle trwa.