Mateusz „Gucio1846” Kapusta jest jednym z najszybszych polskich kierowców w esportowych MotoGP. Przed startem drugiej rundy kwalifikacyjnej, porozmawialiśmy z Mateuszem o jego dyscyplinie.

Perakk: Chciałbyś zostać esportowym Valentino Rossim?

Gucio: Chyba nie mogłeś lepiej trafić, bo jestem jego wielkim fanem. W gruncie rzecz biorąc, to trochę się nim stałem, a przynajmniej czuję się jak on, ale nie chodzi tutaj o wyniki.

Obecnie Rossi mimo swojego wieku, a ma już 41 lat, potrafi coś tam podgryźć czołówkę, ale nie ma już na tyle sił i warunków fizycznych aby dorównać młodym kierowcom. Właśnie dokładnie ja się tak czuję, bo mam 30 wiosen na karku i trochę nie nadążam za młodszymi, czasem o połowę, ode mnie graczami. Ostatnio spotkałem się z jednym chłopakiem, który codziennie po szkole jeździ około 8-10 godzin dziennie. Ja nie mogę sobie pozwolić na taki luksus i poświęcam na to trochę mniej czasu niż bym chciał.

Czyli trochę można Cię porównać do Rossiego?

Trochę tak, ale nie w taki sposób jaki bym chciał. (śmiech)

Myślisz, że zdobyte przez niego mistrzostwa zbudowały fundamenty pod obecną popularność esportowego MotoGP we Włoszech?

Sądzę, że był to główny czynnik, podobnie jak rozsławienie tej dyscypliny w Hiszpanii przez Marca Márqueza. Niestety w Polsce MotoGP cieszy się umiarkowaną popularnością. Oczywiście jest grupa zapaleńców, która śledzi i lubi te wyścigi, ale zdecydowanie brakuje nam polskiego kierowcy w mistrzostwach świata. Być może pojawi się on w przyszłości.

We Włoszech jest masa dobrych kierowców, a tradycyjne MotoGP jest niemal tak popularne jak piłka nożna. Wiadomo, po części jest to zasługa Rossiego, który jest dziewięciokrotnym mistrzem świata i przez kilka lat wygrywał wszystko co się dało. Teraz do głosu dorwali się Hiszpanie i wyścigi dominuje wspomniany wcześniej Marc Márquez. Sama ilość motocykli dostępnych na rynkach hiszpańskim i włoskim, a polskim, to kolosalna różnica.

Ostatnie sezony są zdominowane przez Marqueza, więc to z pewnością tłumaczy skąd w esportowym MotoGP tylu kierowców właśnie z Hiszpanii.

W takim razie czym się różnią tradycyjne wyścigi od tych esportowych? Gra sama w sobie dobrze oddaje realne warunki, można ją nazwać symulatorem?

Szczerze mówiąc, nie do końca. Nazwałbym ją pół-symulatorem. Gra na pewno dobrze odwzorowuje czynniki, które wpływają na prowadzenie motocykla. Przykładowo, jeżeli używasz tylnego hamulca i wciskasz go do końca, blokuje się tylne koło, a motocykl zaczyna się ślizgać. Na żywo dzieje się dokładnie to samo, więc śmiało można powiedzieć, że są nieźle przeniesione do gry.

Jednak mimo wszystko to wciąż gra i czuć, że prowadzi się wirtualny pojazd. Na pewno wybacza ona więcej błędów niż podczas jazdy na prawdziwym sprzęcie. Tutaj też posłużę się przykładem – gdy na wyłączonej kontroli trakcji jedziesz z gazem na ful, koło może się gdzieś śliznąć, ale nie będzie tego żadnych konsekwencji. W prawdziwym wyścigu straciłbyś dobrą sekundę na okrążeniu, a w tym świecie, jest to mnóstwo czasu.

W simracingu część kierowców decyduje się na jazdę na kierownicy. Z tego co zdążyłem się zorientować, w MotoGP zdecydowana większość graczy, o ile nie wszyscy, korzystają z padów. Czy były jakieś przymiarki do stworzenia bardziej realistycznych kontrolerów dla esportowych kierowców MotoGP?

Oczywiście były takie próby, a kiedyś powstała nawet kierownica, ale nikt nie chciał tego używać. Obecnie, nie kto inny jak Hiszpanie, pracują nad czymś co nazywa się LeanGP. Jest to model całego motocykla, z kierownicą, gazem oraz całym potrzebnym sprzętem, który się przechyla. Dosłownie coś podobnego do tego co kiedyś mogliśmy znaleźć na starych automatach na monety, tylko że o wiele bardziej zaawansowane. Były już pierwsze testy takiego sprzętu, ale kosztuje on ponad €1.000, więc w tym momencie wątpię w masową sprzedaż. Reasumując, używamy głównie padów, bo to jedyne na czym możemy wygodnie grać.

Jak więc wygląda esportowy świat w MotoGP? Wszyscy jedziecie na tych samych motorach aby mieć równe szanse, czy możliwe są jakieś zmiany?

Co roku trochę się to zmienia i mam wrażenie, że sam organizator nie potrafi się ostatecznie zdecydować. Najpierw mamy rundy kwalifikacyjne, w których bierze udział masa osób z całego świata, wszystko odbywa się online, a organizator wyznacza warunki, na których się ścigamy – tor, pogodę i motocykl – każdy musi się do tego dostosować. Jeśli lubisz Yamahę, a narzucona została Honda, trudno. Wszyscy jedziemy Hondą. Przez cztery kolejne dni katujemy taki zestaw próbując wykręcić jak najlepszy czas.

Jednak każdy gracz może sam dostosować ustawienia swojego motocykla, których jest mnóstwo – zawieszenie, przełożenie skrzyni biegów, opony i tak dalej, i tak dalej. Dostosowywanie tego wszystkiego pod siebie i pod warunki to bardzo mozolna robota. Testujesz jedne ustawienia, po czym je zmieniasz, i znów kilka okrążeń, kolejne zmiany, udało się urwać gdzieś 0.2 sekundy – więc idziesz w tę stronę. Powtarzasz to w nieskończoność, aż w końcu znajdziesz najlepsze ustawienia dla siebie.

Wracając więc, wszyscy jadą w tych samych warunkach i na takich samych motocyklach, lecz każdy ma swoje indywidualne ustawienia pojazdu. Najszybsi kierowcy, czyli top3 najczęściej, przechodzą dalej, gdzie zaczynają współpracę z zespołami z tradycyjnego MotoGP. Każdy zespół wybiera swoich dwóch reprezentantów, którzy potem występują w ośmiu wyścigach głównych. Od tego momentu, wybrany uczestnik jeździ tylko na motocyklu swojego teamu, aż do ścisłego finału.

Dla ciekawskich – motocykle zdecydowanie się od siebie różnią. Yamaha ma trochę gorsze osiągi, ale płynniej się ją prowadzi i nadrabia elastycznością w zakrętach. Z kolei Honda jest zdecydowanie bardziej agresywna, ma dużo mocy i lepiej się rozpędza, ale jest zdecydowanie bardziej wymagająca przy skręcaniu. Każdy motocykl ma swoje plusy i minusy, do których musisz się przyzwyczaić. Mi najbardziej pasuje Yamaha i Suzuki.

Czy ci najlepsi kierowcy podpisują jakieś długotrwałe kontrakty z teamami, czy mogą zniknąć po zakończeniu sezonu?

Nie podpisują niczego mocno wiążącego. Ktoś kto w tym roku jeździł dla Yamahy, w przyszłym sezonie może reprezentować Suzuki lub inny zespół.

Albo może się nie zakwalifikować?

Trochę brutalnie, ale tak. (śmiech)

W ostatniej rundzie kwalifikacyjnej znalazłeś się na 61. miejscu.

Tak, 61. pozycja w rankingu światowym i 48. pozycji jeśli chodzi o samą Europę.

Czy taki wynik Cię satysfakcjonuje?

Oczywiście, że nie. Zazwyczaj najlepsze dwie-trzy osoby ściągają na siebie uwagę prawdziwych teamów MotoGP. Ja najbliżej tego byłem w pierwszym sezonie, dokładnie w 2017 roku, gdy w jednych z kwalifikacji skończyłem jedenasty. Ale powiem całkowicie szczerze, że wtedy konkurencja była zdecydowanie słabsza. Przez ostatnie lata pula graczy znacznie się powiększyła, a sama dyscyplina mocno się rozwinęła. Tradycyjne MotoGP świetnie działa marketingowo i promuje swoje rozgrywki esportowe.

Ale wracając – znając smak 11. miejsca, czyli będąc ułamki sekund od tych najlepszych pozycji, to 61. pozycja nie robi na mnie wrażenia. Wynik ten może wydawać się imponujący, wszak w kwalifikacji wzięło udział 1300 kierowców, ale ja zadowolony z tego nie jestem.

Jak więc wyglądają Twoje treningi? Ile czasu na nie poświęcasz?

Niestety nie gram tyle ile bym chciał. Myślałem, że w tym roku będę mógł bardziej się poświęcić, ale los jak zwykle płata figle i mam go jeszcze mniej niż wcześniej. Dodatkowo nabawiłem się kontuzji – mam problem ze ścięgnami w prawej ręce. Podczas jazdy dość mocno je napinam, przez co pojawia się ból, czasem nie do wytrzymania i muszę ratować się środkami przeciwbólowymi. Oczywiście zgłosiłem się też do fizjoterapeuty, z którym współpracuję. Ale nie szukam tutaj wymówki.

Ogólnie rzecz biorąc – gram za mało. Dziennie wychodzi około dwóch godzin. Podczas trwającej już rundy staram się wykorzystać ten czas maksymalnie, wyłączam telefon, odcinam się od świata i jeżdżę tak długo na ile pozwala mi ręka.

Po dłuższych sesjach treningowych śnią Ci się tory? Znasz już je lepiej niż własną kieszeń?

Zdarza się. (śmiech) Mówiąc poważnie – gram w tytuły MotoGP od dziecka, tory się często powielają i niezbyt zmieniają, więc jak najbardziej, znam je wyśmienicie. Często gdy zdecyduję się sprawdzić inną grę np. Gran Turismo i trafię na tor, który jest w MotoGP, to od razu widać, że idzie mi lepiej.

Razem z Krystianem “Krycho23” Milanowskim tworzycie zespół Saisoku Team. Jednak każdy uczestnik pracuje na swoje konto. Na czym więc polega Wasza współpraca?

Dwa, trzy razy w tygodniu organizujemy sobie wspólne treningi, które są głównie uzależnione od czasu Krystiana. Głównie polegają na tym, że wspólnie szukamy najlepszych ustawień motocykli, wymieniając się swoim doświadczeniem. Wcześniej każdy z nas robił to na własną rękę, a teraz gdy któryś z nas ma jakiś pomysł i jest przekonany, że np. na danym torze sprawdzi się lepiej miększe zawieszenie, mówi temu drugiemu i porównujemy nasze czasy. Wymieniamy się swoimi spostrzeżeniami tak długo aż wypracujemy według nas idealne ustawienia, na których jeździmy w trakcie “rundy”.

Działamy wspólnie, nie ma samolubności na zasadzie “muszę być lepszy od niego, więc coś przed nim ukryję”. Razem próbujemy podbić szczyty rankingów.

Kiedy kolejna runda?

Od 19 do 21 marca.

Celem jest polepszyć poprzednie wyniki, czy zawsze celujesz w topkę?

Zawsze myślę tylko o topce. Kiedyś poznałem jednego kierowcę z Motocyklowych Mistrzostw Polski, który mi powiedział “jeżeli nie chcesz wygrywać, to nie ścigaj się w ogóle”. W myśl tej zasady nie satysfakcjonuje mnie miejsce w pierwszej dwudziestce, czy dziesiątce. Chcę wygrywać, choć oczywiście z tyłu głowy zawsze jest myśl, że przez mój wiek i brak czasu nie mogę nie dać rady. Mimo wszystko sądzę, że póki co, jak na człowieka bez specjalnego przygotowania, i tak idzie mi nie najgorzej.

Reasumując: plan minimum – poprawić wynik, cel – najlepsza trójka.