Wydaje się, że obecny skład Virtus.pro wciąż walczy o odnalezienie swojej tożsamości. Wciąż czekamy na debiut ekipy na LAN-ie, a wyniki z internetu nie napawają wielkim optymizmem. Promykiem nadziei można natomiast nazwać rywalizację podczas dwóch kolejek siódmego sezonu ECS.

Zeszłoroczna Wigilia Bożego Narodzenia przyniosła ogłoszenie nowego składu Virtus.pro. Powrót do zespołu Pawła „byali” Bielińskiego i Janusza „Snaxa” Pogorzelskiego, a także zakontraktowanie Mateusza „TOAO” Zawistowskiego miały zwiastować nowe rozdanie w legendarnej organizacji. Trzy miesiące później jesteśmy jednak w miejscu, gdzie powodów do zachwytu było naprawdę niewiele. Historia drużyny nakazuje czekać na debiut offline, który nastąpi już 12 kwietnia, lecz póki co nie można przejść obojętnie obok jedynych sprawdzianów, jakie widzieliśmy. W natłoku internetowych spotkań na pierwszy plan wysuwa się siódmy sezon Esports Championship Series, gdzie Polacy walczyli w dwóch pierwszych kolejkach. Pomimo porażek, był to pokaz najbardziej solidnej gry w wykonaniu Virtusów. Czy uda się jednak dotrzeć do widniejącego w oddali światełka w tunelu?

ECS - promyk nadziei na lepsze jutro?

Siódmy sezon ECS przebiega w zupełnie nowym formacie, gdzie rywalizacja podzielona jest na kolejki. Organizatorzy obu najbardziej prestiżowych lig na scenie CS:GO poszli na rękę sobie oraz graczom, by ci uniknęli bardzo napiętego harmonogramu. Virtus.pro zachowało dzięki temu szansę na występy w zmaganiach pod banderą FACEIT, bowiem w przypadku dawnych reguł, Polacy spadliby do Challenger Cup. Teraz zawodnicy starają się wykorzystać tę szansę, lecz postawa pozostawia słodko-gorzkie odczucia.

Kiedy spojrzymy na wyniki podopiecznych Jakuba „kubena” Gurczyńskiego w siódmej edycji ECS, przy zespole pojawią się dwie porażki. W pewien sposób te niekorzystne rozstrzygnięcia dały mi nadzieję na lepsze jutro. Owszem, została ona nieco przygaszona po rezultatach w innych rozgrywkach, ale liga organizowana przez FACEIT postawiła przed obecnym składem Virtusów największe dotychczas wyzwania. Wystarczy rzucić okiem na przeciwników, z którymi mierzyli się nasi rodacy. FaZe Clan oraz North wciąż są na etapie budowy sprawnych kolektywów, a ich dokonania są pasmem wzlotów i upadków, natomiast nie można odmówić im solidnej pozycji na scenie. To pokazują zresztą rankingi, ponieważ w zestawieniu HLTV.org międzynarodowy skład okupuje piątą pozycję, a Duńczycy powrócili ostatnio do czołowej dziesiątki. Wcześniej formacja Snaxa mierzyła się tylko z dwoma rywalami podobnej klasy. Zarówno Vitality, jak i ENCE zafundowały jej jednak srogą lekcję counter-strike'a w ramach ESEA MDL. Styl prezentowany w Esports Championship Series pozostawiał momentami zgoła odmienne odczucia.

Czasami można odnieść wrażenie, że poziom mobilizacji i motywacji Virtus.pro zależy od prestiżu turnieju, wagi meczu lub siły rywala. Weźmy na tapet mniej istotne internetowe zmagania, jak chociażby wspomniane przed chwilą ESEA MDL, gdzie trwająca obecnie edycja nie premiuje awansem do ESL Pro League. Polacy mieli naprawdę udany start sezonu, jednak od chwili uzyskania bilansu 6-1 wszystko zaczęło się psuć. Seria porażek zaprzepaściła awans do play-offów. Ponadto, niekiedy gra była trudna do obserwowania, ponieważ nie gwarantowała ani skuteczności, ani przyjemności z oglądania. ECS dał natomiast malutką namiastkę starych, dobrych Virtusów, którzy potrafili napsuć krwi każdemu oponentowi na scenie. Rzecz jasna bardzo, bardzo daleko tu do miana „końcowego bossa”, jak dawniej mówiło się o legendarnej piątce, lecz zaprezentowany styl pozwolił obrać nieco bardziej optymistyczne spojrzenie na ich całą sytuację.

Mieszanka skuteczności i błędów, czyli dotychczasowa przygoda z 7. sezonem ECS

Przygotowując się do oglądania pierwszego meczu Virtus.pro w ramach siódmego sezonu ECS, najlepszym posunięciem było chyba pozostawienie czystej karty. Wszakże był to najważniejszy sprawdzian uformowanego pod koniec 2018 roku składu, a pozytywne rozstrzygnięcie mogło odsunąć w niepamięć wcześniejsze wyniki. Początek starcia z FaZe rzeczywiście zwiastował ten scenariusz, bowiem Polacy zabrali przeciwnika – wówczas szóstą drużynę świata – na nieprzyjemną przejażdżkę pociągiem na de_train. Nieprzyjemną oczywiście z punktu widzenia międzynarodowej piątki, która przez większość czasu była kompletnie bezradna w obliczu ruchów oponenta. Po dość wyrównanym starcie, byali wraz z kolegami przejęli inicjatywę po stronie broniącej, a każdy błyskawiczny reset wroga jeszcze bardziej poprawiał ich sytuację. Trudno było się do czegoś mocniej przyczepić, ponieważ nawet po pomyłce potrafili oni natychmiastowo powrócić na właściwe tory. Gra w ataku tylko dopełniła kapitalną postawę, a cały pojedynek zakończył się deklasacją wynikiem 16:5.

Jak się okazało, FaZe Clan odpłaciło się podobnymi wrażeniami na wybranej przez siebie mapie Inferno. Tam początek wyglądał na jeszcze większą dominację, którą ekipa Virtus.pro powstrzymała dopiero na przełomie obu połów. Były to jednak pojedyncze przebłyski, a najdłuższa seria zespołu wyniosła zaledwie cztery punkty. Wtedy pojawiły się też błędy, bowiem przy stanie 7:10 dającym nadzieję na powrót, Polacy przegrali starcie anty force. Nawet późniejszy triumf przy ekwipunku o wartości 2,000 dolarów nie odwrócił losów spotkania. Taki obrót spraw przenosił graczy na de_cache, gdzie zafundowali oni widzom zdecydowanie największe emocje. Podczas pojedynków byliśmy świadkami świetnych pass dwóch drużyn, a podopieczni kubena ponownie walczyli z wyżej notowanym rywalem jak równy z równym. Kluczowe znaczenie w porażce Virtusów mogły mieć pierwsze rundy po zmianie stron, kiedy to ich oponent odmienił obraz meczu, odskakując na 12:8. Końcowa walka o uzyskanie korzystnego rezultatu zderzyła się natomiast z odmową Nikoli „NiKo” Kovača, który w decydujących starciach popisał się dwoma fenomenalnymi clutchami. Statystyki Bośniaka na poziomie 36-20 mogą wskazywać, że polska formacja mierzyła się z „one man army”, lecz nie może to zamieść pod dywan innych złych decyzji, na przykład problemów z wykorzystywaniem liczebnej przewagi.

Po tygodniowej przerwie Virtus.pro ponownie stanęło do rywalizacji na serwerach FACEITa. Tym razem zespół mierzył się z North, które ostatecznie zwyciężyło całą drugą kolejkę zmagań i zapewniło sobie awans na finały LANowe. Jak jednak przebiegało spotkanie ćwierćfinałowe? Zaczęło się od huśtawki nastrojów, ponieważ pierwsza połowa Nuke'a bardziej zwiastowała blamaż, niż osiągnięcie sukcesu. Strona atakująca była synonimem bezradności Polaków, którzy oprócz pistoletówki i dwóch starć z lepszym wyposażeniem, wygrali zaledwie jedną rundę. Co więcej, po zmianie stron Duńczycy odskoczyli już na 13:4. Dopiero wtedy skład TOAO zmienił swoje oblicze i sukcesywnie zmniejszał dystans do wroga. Po jego myśli szła każda potyczka, a powstrzymywanie ofensywnych prób przeciwnika mogło niekiedy imponować. Kolejne wahania nadeszły podczas dodatkowego czasu gry. Ostatecznie, Virtusi zmarnowali kilka punktów mapowych, lecz koniec końców mogli cieszyć się z triumfu po dwóch dogrywkach.

Następne mapy stały pod znakiem wyrównanych pierwszych połów i przewagi North po zmianie stron. Polacy w obu przypadkach potrafili niwelować mniejsze lub większe straty, grając jako antyterroryści. Problemy narastały natomiast wraz z wejściem w buty graczy atakujących. Taktyczne podejścia były tłamszone już na starcie, ponieważ ekipa ze Skandynawii rzadko pozwalała chociażby na podłożenie ładunku. Sceptycznie należało również podchodzić do zaledwie jednego sukcesu, bowiem Duńczycy w kilku przypadkach natychmiastowo rewanżowali się skutecznym resetem. Szczególnie widoczne było to na Mirage'u, czyli trzeciej, decydującej lokacji. Sytuacja z błyskawicznym przełamaniem powtórzyła się trzykrotnie, a najbardziej zaboleć musiała ostatnia runda. Wtedy zawodnicy broniący dysponowali tylko USP-S, lecz nie przeszkodziło im to w pozytywnym zakończeniu meczu.

Biorąc pod uwagę prestiż ligi, jak i poziom rywali, według mnie dotychczasowe występy w ECS dały najwięcej powodów do chwalenia obecnego Virtus.pro. Owszem, końcowe rozstrzygnięcia przyniosły porażki, lecz były to porażki nie pretendenta do tytułów, a zespołu, który mozolnie walczy o pozycję na światowej scenie. Szkoda tylko, że wyrównane pojedynki z przeciwnikami wysokiej klasy są przyćmiewane przez niepowodzenia w innych rozgrywkach. Wydawało się, że trzecia kolejka Esports Championship Series będzie następnym etapem budowania tożsamości polskiego zespołu, tymczasem w głowach pojawia się niestety więcej pytań, niż odpowiedzi.

W oczekiwaniu na trzecią kolejkę

Choć trzeci tydzień siódmego sezonu ECS odbędzie się dopiero w dniach od 25 do 28 kwietnia, organizatorzy już przedstawili pary oraz drabinkę rozgrywek. Virtus.pro zmierzy się wtedy z fnatic, co na chwilę obecną mogłoby oznaczać jeszcze lepsze zestawienie, niż w przypadku dwóch poprzednich kolejek. W 2019 roku Szwedzi uzyskali dwa solidne rezultaty na LANach (3-4. miejsce na iBUYPOWER Masters oraz 4. miejsce na finałach WESG), lecz zostało to przykryte przez rozczarowujący występ podczas katowickiego Majora. Tam skład dowodzony przez Xizta nie przebrnął przez Fazę Pretendentów, a jego wyższość musiało uznać tylko Grayhound. Za kilka dni podejmą oni kolejną próbę powrotu do światowej czołówki, ponieważ wezmą udział w StarSeries i-League Season 7. Niestety, Polacy oczekujący na debiut offline również nie odpędzili się od kłopotów. Na ławkę rezerwowych został przesunięty Mateusz „TOAO” Zawistowski, a póki co w internetowych zmaganiach zastępuje go Kamil „Sobol” Sobolewski – pierwszy z testowanych zawodników. Słowa Romana Dvoryankina wskazują, że konkretniejsze plany na przyszłość poznamy po Charleroi Esports, które rozpocznie się 12 kwietnia. Miejmy nadzieję, że te problemy uda się szybko rozwiązać, a my zobaczymy jeszcze lepszą odsłonę Virtus.pro w trzecim tygodniu ECS. W ogólnym rozrachunku liczy się bowiem każde zwycięstwo, które będzie rozliczane na koniec sezonu zasadniczego.