Wiktoria (łac. Victoria) – rzymska bogini, personifikacja zwycięstwa i militarnej potęgi Imperium Romanum. Poświęcona jej świątynia znajdowała się na Palatynie. Na rewersach monet rzymskich przedstawiana jako uskrzydlona młoda dziewczyna z wieńcem laurowym w ręku.

 

“Bitwę da się przetrwać dzięki sile, a można ją wygrać dzięki duchowi.” Sun Tzu,  Sztuka Wojny

 

W deszczowo śnieżne dni lutego, roku pańskiego 2018, spoglądamy na światowy esport jak na milionowy biznes, którego mniej i bardziej jasne gwiazdy pławią się w popularności i pieniądzach. Na ekranach smartfonów w doskonałej jakości oglądamy starcia współczesnych gladiatorów na wspaniałych arenach. Wypisujemy peany na cześć zwycięzców i szydzimy z pokonanych. Bo lud prosty chce chleba i igrzysk, a imię wielkiego gladiatora ucieka z pamięci szybciej niż krew z przeciętych tętnic wsiąka w piach pobojowiska.

6 lutego zamknął się pewien rozdział historii – Wiktor “TaZ” Wojtas nie jest już częścią Virtus.pro. Przelała się czara goryczy i ugięły się nogi rosyjskiego kolosa – przyszło nowe i w podstawowym składzie obok doskonale znanych nam twarzy pojawi się Michał “MICHU” Müller. Lud prosty stwierdził, że trzeba wyrzucić ostatnie partie zgniłych buraków na odchodzącego zawodnika, którego, zdawać się może, imię wybrzmiewa paradoksalnym kontrastem chwili. Lud nie pamięta, albo nie chce, opowiadać wspaniałej historii niezłomnego wojownika, szacunek i pamięć zastępując patetycznym pustosłowiem przetykanym startymi już prawie na wiór frazesami.

Moi drodzy, Wiktor żyje i ma się dobrze. Tak się składa, że pomimo tego, że nic już nie będzie tak jak wcześniej, nie stracił ani swej siły, ani ducha. Esportowe życie wystawiało go wiele razy na nie mniej ciężkie wydarzenia – warto przypomnieć sobie, jak tworzyła się prawdziwa legenda.

Nie chcę tu tworzyć spisu osiągnięć większych i mniejszych. TaZ ma przez 15 lat kariery tyle, że z założenia publicystyczny tekst z miejsca stałby się spisem nazw turniejów, zajętych lokat i wygranych nagród. W 2002 roku nikt nie dawał esportowi szans i każdy, kto w Polsce chciał przekonać bliskich, że jest to droga do wielkości, wystawiany był na zdecydowaną krytykę. Zamiast wygodnych gamingowych foteli, ogrodowe krzesła. Rozpadające się ławki, komputery w kafejkach ledwo wyciągające zadowalającą płynność i nieustanne problemy z łączem. Dziesiątki godzin spędzone na tym, by w ogóle dotrzeć do miejsca, gdzie można było zagrać w Counter-Strike. Wszystko w czasach, gdzie o graniu o pieniądze słyszała garstka ludzi, których można by pomieścić w jednej sali.

Opowieść o Wiktorze to nie historia pasma sukcesów. To opowieść o niebywałym uporze w dążeniu do celu i harcie ducha. To legenda o człowieku, który mimo wielu przeciwności i upadków nie ugiął się pod naporem i do teraz oglądaliśmy go w najważniejszych dla światowego CS:GO momentach. Przez 15 lat rozwoju esportu w niepamięć odeszło wielu zawodników, których przez moment uważano za przyszłość dyscypliny. Pojawiali się, często zgarniali laury i odchodzili, a Wiktor trwał. Dziś marketingowcy i eksperci prześcigają się w tym, kto zrobi bardziej entuzjastyczną kalkulacje tego, jak bardzo mainstreamowy stanie się esport już za chwilę. Wielu z nich nie ma nawet pojęcia o tym, przed jaką decyzją stali zawodnicy CS 1.6, gdzie ich świat powoli się kończył. W 2007 pojawił się CS: Source i w momencie, kiedy wydawało się, że karuzela wielkich pieniędzy dla najlepszych nabiera tempa, coś zaczęło mocno skrzypieć. TaZ wiernie trzymał się 1.6 – Source szybko zaczął wypadać z obiegu, ale nie oznaczało to powrotu większej kasy do tego “prawdziwego” Counter-Strike’a. Konkurencja była bardzo silna, a w 2011, po raz pierwszy od dziesięciu lat, “kanter” spadł z tronu najlepiej opłacanej dyscypliny esportowej.

Z CS 1.6 Wiktor jest związany na zawsze – Złota Piątka i legendarny duet TaZ & NEO to pomnik, który już na zawsze będzie stał w esportowej galerii sław. Wiktorowi było jednak mało. CS:GO rodziło się w bólach i wyjadacze 1.6 niechętnie spoglądali w jego kierunku, mając w pamięci klapę wersji Source. Podobnego zdania było wielu inwestorów – od sierpnia do grudnia CS:GO oddało w ręce graczy nieco ponad 200 tysięcy dolarów. Podobno to właśnie wtedy Wiktor poważnie rozważał zmianę gry na rosnące w błyskawicznym tempie League of Legends i według informacji bardzo szybko wspiął się na bardzo wysoki poziom zawodniczy. Nic z tego jednak nie wyszło i chcąc czy nie chcąc, trzeba było zamknąć wspaniałą erę 1.6 i zrobić krok dalej.

Początki wcale nie były łatwe i przed TaZem stało wiele problemów. Kłopoty ze znalezieniem organizacji, zmiana składu i wszechobecny hejt (choć wtedy jeszcze nie szastało się tym pojęciem na lewo i prawo) na wyniki i rozpad Złotej Piątki. To był trudny czas dla esportu – wielu poddało się i nie dostosowało się do zmian. Dziesiątki legendarnych zawodników 1.6 nie odnalazło, lub nawet nie próbowało się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Wiktor mimo niepowodzeń uparcie szedł do przodu. Czy wiedział wtedy, że już niebawem esport z sal gimnastycznych i ogrodowych krzeseł na stałe przeniesie się na największe areny? Łatwo jest napisać o kimś, że wierzył w sukces. Wierzyć w niego wtedy tak łatwo nie było – nie zabrakło Wiktorowi ani sił, ani ducha.

W 2014 wydarzyło się coś, co zredefiniowało esport w Polsce i sprawiło, że ze skromnej niszy, która “nikogo w zasadzie nie obchodzi” (cytat ten wyrył mi się w pamięci bardzo mocno, bo padł z ust jednego z bardziej szanowanych redaktorów czasopism komputerowych w Polsce), eksplodowała do potężnych rozmiarów. Oczywiście dziś co drugi fan jest z Virtusami od zawsze i bardziej pamięta Wiktora z włosami niż bez, ale jak sięgnąć pamięcią wstecz, to prawda jest raczej inna. Po miernym ze sportowego i finansowego punktu widzenia 2013, na początku 2014 Polacy podpisują kontrakty z rosyjską organizacją Virtus.pro. W tamtych czasach (brzmi to dość zabawnie swoją drogą), decyzja ta została przyjęta z pewną rezerwą. Organizacja znana była wcześniej z kontraktowania zawodników z rejonu CIS. Wtedy też, trzeba przyznać, Counter-Strike nie był specjalnie w Polsce popularny – uwagę widzów zdecydowanie mocniej skupiało League of Legends.

EMS Katowice 2014 – mały krok dla ludzkości, wielki krok dla polskiego esportu. Duży turniej w katowickim Spodku, który wygrywa VP, z Wiktorem na czele. Niesamowita forma i powrót do ścisłej czołówki nasuwa skojarzenia z legendarną Złotą Piątką i nikt już nie wyśmiewa Jarosława Jarząbkowskiego (ach, te pełne nienawiści komentarze po tym, jak zastąpił bożyszcze “tłumów” – Łukasza “LUqa” Wnęka). Nowe możliwości technologiczne pozwoliły złapać esportowi wiatr w skrzydła. Nie wiem czy kiedykolwiek będę miał okazję zapytać Wiktora o to, co czuł w tym momencie, kiedy po kilku trudnych latach stanął na samym szczycie i pokazał po raz kolejny, że nieustępliwe dążenie do celu bez względu na warunki to droga, którą podążać mogą tylko najwięksi.

Dalsze losy Wiktora są już w zasadzie szeroko znane i szczegółowo opisane. Doskonały dostęp do informacji pozwala nam bardzo dokładnie śledzić poczynania naszych ulubieńców, a social media pozwalają być w stałym kontakcie ze społecznością. Ma to swoje drugie dno – to tylko trzy lata ze wspaniałej historii, które wielu mocno przysłaniają pozostałe 12 lat.

Ostatni rok mógłby złamać każdego i Wiktor otrzymał potężny cios. Rozstanie z drużyną, a przede wszystkim rozerwanie „nieśmiertlnego” duetu z NEO ciągle jeszcze nie do końca utkwiło mi w świadomości. Uderza mnie jednak to, że wszyscy jakby Wiktora żegnają. Fani z plucia przeszli na frazesy o wielkości, osobistości prosceny składają wyrazy uznania, niczym na firmowej imprezie, gdzie kierownik oddziału idzie na emeryturę…

TaZ jednak nigdzie się nie wybiera – nawet jeśli nie ma już w sobie tyle siły co kiedyś, to historia pokazuje, że nic nie może złamać jego ducha.

 

Kto nie ma odwagi do marzeń, nie będzie miał siły do walki. André Malraux