Przy rozpoczęciu projektu z tytułem „CS:GO” można było postawić pytanie – jak będzie w akapie? Ostatnie lata na esportowej scenie najpopularniejszego FPSa na świecie to właśnie definicja anarchokapitalizmu. Po latach jednak wychodzą na jaw wszystkie problemy tego modelu.

Prosi mają dość

Wiosna 2020 będzie wspominana w świecie CS:GO jako okres zaskakujących decyzji i odejść ze składu najlepszych graczy na świecie. Wpływ na takie ruchy gla1ve’a czy olofmeistera miał bardzo znany niewidzialny zabójca – stres. Stres niejednego już wykończył i niejednego wykończy. Niezależnie od branży, rodzaju pracy, jest zawsze zmorą osób pracujących, a bywa śmiercionośny dla pracoholików. Chyba wszyscy się zgodzą, że profesjonalni gracze CSa to właśnie pracoholicy. W końcu, by wskoczyć na tak wysoki poziom, musisz zagryzać zęby, gdy wszyscy odpuszczają i dokręcać sobie śrubę długo po tym, jak konkurenci ją już poluzowali i wyciągnęli, by nie zawadzała. Jednym słowem – pracoholizm. Trening, trening i trening uczynił z tych ludzi mistrzów w swoim fachu. Układ nerwowy powiedział w końcu dość.

Zapewne to wołanie o pomoc układu nerwowego wkrótce odbije się szerokim echem. Na szczęście środowisko esportowe jest nadal młode, otwarte na wiele rozwiązań. Młodsze pokolenie też o wiele chętniej wypowiada się na tematy depresji, stresu i psychologii. Tematy tak obce ludziom starszym, których na szczęście w esporcie mamy bardzo mało. Dzięki temu mam wrażenie, że decyzja o wakacjach, by odpocząć psychicznie została o wiele bardziej zaakceptowana niż w innych kręgach, dajmy na to sportów tradycyjnych. Tam nadal jest zbyt dużo ludzi, którzy bagatelizują tego typu sprawy, przez co osoby potencjalnie poszkodowane są poszkodowane jeszcze bardziej.

„leżę i wymiotuję przez schodzącą ze mnie adrenalinę”

Wróćmy jednak do CSa. W ostatnich dniach zapałkę do stogu siana dorzucił jeszcze device, który swoją szczerą do bólu wypowiedzią pobudził  dyskusję. Duńczyk poskarżył się, że adrenalina po turniejach jest tak wielka, że skutki „zejścia” jej odczuwa do kilku dni po zakończeniu rozgrywek. W tym czasie wymiotuje i jest nie do życia. Teraz rozumie i wie, dlaczego tak się dzieje, w przeszłości miał przez to tylko jeszcze większe problemy. Device jest jednak pod opieką najlepszych specjalistów w branży, a setki graczy nie. W końcu esport nie jest jeszcze na tyle rozwinięty, by nawet te mniejsze organizacje pozwalały sobie na całe zaplecza specjalistów.

Terminarz napięty jak plandeka na żuku

Esport w wydaniu VALVE to z kolei samowolka. A może raczej samosiejka, bo mam wrażenie, że od kilku lat rozwój CSa poszedł w dziwną stronę i turnieje i kolejne rozgrywki wyrastają jak grzyby po deszczu, samoistnie. O co w tym wszystkim chodzi? A no o to, że VALVE nie sprawuje nad tym żadnej kontroli. Po prostu niczym Jurek Owsiak powiedziało: „róbta co chceta” i rzeczywiście organizatorzy robią co chcetą. Niestety kosztem graczy.

Terminarz rozgrywek jest obecnie napięty do granic możliwości. Chociaż jak się bardziej nad tym zastanowić, to już nawet naciągnął te możliwości i przesunął granicę o dobrych kilka metrów. Turniejów jest tyle, że naprawdę ciężko być na bieżąco. Wystarczy wypaść na 2 tygodnie z rytmu meczowego jako kibic, a gwarantuje wam, że przegapicie w tym czasie „coś ważnego”. Doszło do tego, że najlepsze drużyny właściwie nie pojawiają się na mniejszych turniejach, koncentrują się tylko na samych grubych rybach, a i tak nie są ich w stanie „przejeść”. No bo jak, jak gruba ryba pływa sobie w stawie niemal co weekend? Mniej więcej właśnie takie jest obecnie tempo w CSie.

Dupreeh już zwrócił na ten problem uwagę, z resztą nie on jeden. Nic w tej sprawie jednak nie zdziałano, a największy sukces to wprowadzenie miesięcznej przerwy w lecie. Chociaż, czy to na pewno jest przerwa? Przecież w okresie wakacyjnym i tak odbywają się mecze, tylko mniejszego kalibru. Tym samym nie mamy w CSie czasu, by odpocząć kompletnie od rozgrywek esportowych. Nawet mrożący cały świat koronawirus, wydaje się, że tylko podgrzał esport. Co więcej, nawet w Święta i Sylwestra odbywają się już turnieje, w ostatnich takich rozgrywkach mieliśmy nawet swojego przedstawiciela – PACT. Sytuacja zakrawa o absurd – wyobraźcie sobie, że jecie na szybko wigilię, bo jutro ważny mecz, więc wypada jeszcze coś poćwiczyć. Takie sytuacje się jednak zdarzają. Pytanie tylko, po co?

Major już nie jest „major”

Po co, bo zastanawiam się, czy nie zbliżamy się do momentu gdy rynek będzie po prostu przesycony. Już teraz ciężko wytypować te „najważniejsze” turnieje. Bo jest ich po prostu za dużo. Wskażcie TOP5 LAN-ów w roku – może być ciężko. Już nawet Major stracił swój wyraz, bo po prostu nie różni się zbytnio poziomem, pulą czy prestiżem i procesem realizacji od cyklicznych turniejów ESLa, BLASTA czy najlepszych DreamHacków. To wszystko zaczyna się coraz bardziej zlewać, a to działa na niekorzyść każdego turnieju. Dlaczego? Bowiem widz też ma ograniczony czas i się nie rozdwoi, albo po prostu nie zawsze chce w 100% poświęcać się jednej rozrywce, jaką jest oglądanie profesjonalnych meczów.

Warto tutaj sięgnąć do sportu tradycyjnego. Olimpiada bowiem nie jest co cztery lata przez przypadek. Taki odstęp pozwoli na to, by w sportowym ekosystemie wyłonić nowe gwiazdy, by zbudować „hajp” na turniej, by kibice mieli na co czekać. Teraz CSowi fani na co mają czekać? W końcu co tydzień mamy bardzo ważny turniej na tapecie, przez co cała ta „ważność’ znacząco się rozmywa i traci swoją wartość. Nie ten puchar, to następny. Można przebierać do woli, niczym w lumpeksie.

Wszystko na koszt graczy

Największy ból jest jednak ulokowany w innym miejscu – wszystko bowiem dzieje się kosztem graczy. Ci może nie są zmuszani do gry, ale organizacje też zaglądają do Excela i podobnie jak 16-letni amatorzy przypalania jana, ze śliną na języku wyczekują koloru zielonego przed oczami. By dopiąć budżet, ciężko odrzucić zaproszenie do turnieju z dużą pulą. Chociaż tak naprawdę zaproszenie to już najmniejszy problem. Gorzej, gdy zespół musi się kwalifikować. Wtedy traci kolejne dni na mecze, które nie zawsze przynoszą wymarzony skutek. Pętla się zamyka, bo skoro teraz się nie udało, to trzeba próbować do momentu, gdy w końcu się uda. A gracze z dnia na dzień są coraz bardziej przemęczeni. Skoro zawodnicy z najlepszą opieką nie dają rady, to obawiam się, że za niedługo możemy zaobserwować coraz większą falę wymuszonych przerw na poratowanie zdrowia wśród profesjonalistów.

Problem przepełnionego kalendarza jest, istnieje i ma się dobrze nie od dziś. Ani device, ani dupreeh ani tym bardziej ja Ameryki nie odkryliśmy. Uważam jednak, że warto, by temat wracał na tapetę niczym bumerang, bo na razie apele graczy trafiały jedynie prosto do kosza. VALVE musi coś z tym zrobić, jeśli chce zachować wysoki poziom esportowy swojego „dziecka”. W innym przypadku tendencja może być odwrotna do zamierzonej. Być może osiągnęliśmy pułap, teraz nastąpiło przesycenie rynku i zmęczenie materiału. Warto więc wyszukać takiego punktu, by zadowalał wszystkich – graczy, kibiców i organizatorów. Najtrudniej będzie pogodzić tych ostatnich – w końcu nie bez powodu powstają kolejne turnieje. Nie są to przecież charytatywne wydarzenia zrobione dla funu, a eventy, które mają przynieść realne zyski. Znajdujący się na fali esport z pewnością przyciąga masę ludzi, którzy chcą sobie wykroić kawałek tortu. Pora jednak wprowadzić ten rarytas na kartki. Tu niestety anarchokapitalizm poległ. W innym przypadku może polec esport w tej przepięknej gierce jaką jest CS:GO.

Śledź autora felietonu – Aleksandra Kurconia – na Twitterze ->