Ostatnie perypetie polskiej sceny CS:GO przyniosły nam sporo roszad i związanych z nimi emocji. Pierwszy raz sytuacja w naszym kraju wywołuje tak ambiwalentne odczucia.

Okres około świąteczny, najczęściej aż do pierwszego turnieju LAN-owego, nazywany jest „sezonem ogórkowym”. Przerwa w oficjalnych rozgrywkach dotychczas kojarzona była z kompletną nudą i całkowitym zastojem sceny. Jednak wraz z rozwojem esportu, czas ten został zarezerwowany na roszady kadrowe i śmiało możemy go w świecie CS:GO nazwać „okienkiem transferowym”. Na przełomie grudnia/stycznia oraz zazwyczaj w sierpniu dochodzi do masy zmian, formowane są nowe składy, a tylko ci ze ścisłej czołówki pozostają nieruszeni.

Ten trend mogliśmy zaobserwować w ostatnich tygodniach na naszym pięknym, nadwiślańskim podwórku. Mam wrażenie, że sprawy „rozwijały” się niczym starannie ustawione domino, a pierwszym klockiem, według mnie, była wygrana Virtus.pro w Polskiej Lidze Esportowej w lipcu ubiegłego roku. Zaraz po zakończeniu finału, gdy adrenalina wciąż trzymała zawodników, a oczy widowni były skupione na mistrzach, mi udało się usłyszeć słowa jednego z zawodników Aristocracy. Nie będę tu przywoływał jego nazwiska, bo nie jest to potrzebne, lecz powiedział on, że jeśli atmosfera w drużynie podczas tak ważnych momentów się nie poprawi to nie mają szans na mistrzostwa, nawet krajowe. I wiecie co? Miał racje. Od tamtej pory wystąpili na pięciu turniejach offline'owych i na żadnym z nich nie byli w stanie zbliżyć się do mistrzostwa. To pozornie niezbyt znaczące wydarzenie, mogło pośrednio doprowadzić do przedwczesnego wycofania się głównego sponsora Aristocracy, a następnie do rozstania się z kolejnymi graczami, począwszy od Pawła „Dychy” Dychy.

Równolegle do tych wydarzeń, toczyło się życie zawodników Virtus.pro. Trzymając się wcześniejszej metafory, ta linia domino jest niebywale długa i przewraca się już od wielu lat. Na koniec ubiegłego roku rosyjska organizacja postanowiła definitywnie zakończyć współpracę z Polakami, porzucając swój ówczesny skład. Cała szóstka Virtusów niemalże od razu mogła rozglądać się za nowym domem, lecz co ciekawe, zdecydował się na to duet Michałów, czyli snatchie i MICHU. O ile Müller zapowiedział, że najchętniej rozpocznie przygodę w międzynarodowym zespole, tak Rudzki nie sprecyzował swoich planów i przemyśleń.

Takim oto sposobem, niemalże w tym samym czasie, obydwie „linie domina” doszły do budowanej od lat struktury zwanej „polską sceną”. Każdy z zawodników, który w ciągu ostatnich lat był częścią wyżej wymienionych zespołów, był jakby nie patrzeć, mocnym filarem tej budowli. Teraz, pierwszy raz od bardzo dawna, mamy długą listę wolnych agentów, z których możemy zbudować potencjalnie jeden z najlepszych polskich składów. Odnosząc się do tytułu – nie chcę się nawet łudzić, że którykolwiek z miksów, które w najbliższych tygodniach powstaną naprędce, zwojuje coś w kwalifikacjach do europejskiego Minora. Największe szanse oczywiście mają reprezentanci x-kom AGO, Illuminar Gaming i Wisły All in! Games Kraków (kolejność przypadkowa).

Czy mamy się smucić z obecnego stanu naszej niewątpliwie pięknej sceny Counter-Strike'a? Według mnie odpowiedź jest prosta – nie. Nareszcie mamy okazję zbudowania czegoś od nowa, a nie po raz kolejny naprawiać błędy przeszłości. Co ważne, najbardziej utalentowani polscy strzelcy nareszcie zaczynają rozumieć, że już od lat ich największym marzeniem nie powinna być gra w Virtus.pro, a osiąganie międzynarodowych sukcesów, niezależnie od składu. Dokładnie tak jak zrobił to niegdyś Paweł „innocent” Mocek w barwach PENTY. Jednak czy dane wnioski są słuszne? Czas pokaże.

Przypomnę tylko, że już 31 stycznia ruszają pierwsze otwarte kwalifikacje do ESL One: Rio 2020, czyli pierwszego Majora w tym roku, który odbędzie się dopiero w Maju. Najprawdopodobniej w ostatnim tygodniu stycznia zobaczymy pierwsze sklejki graczy ex-ARCY i ex-Virtus.pro.

Michał „Perakk” Perkowski – śledź autora na twitterze   →