Za nami pierwszy etap ligi FLASHPOINT, w której bierze udział dwóch Polaków. Niestety żaden z nich nie zajął wysokich lokat.

Pierwsza faza ligi FLASHPOINT ma za zadanie jedynie pokazać rozkład sił w rozgrywkach, wszak żadna formacja nie odpada z niej, nawet jeśli zajęła ostatnie miejsce w grupie. Walka toczyła się jedynie o punkty, które zapewnią lepszą pozycję w kolejnym etapie, który startuje już 27 marca. Jednak przed nim nastąpi dość niecodzienne losowanie grup, które zostanie urozmaicone o ciekawe aktywności.

Najsilniejsze trzy drużyny zostaną losowo umieszczone w koszykach A, B i C, po czym każda z nich będzie miała prawo do wyboru jednego składu do swojej grupy. Ostatnio wybrana drużyna wybiera kolejną, aż wszystkie składy zostaną przydzielone do swoich grup. Jednak to jeszcze nie wszystko. Zespoły wybrane na samym końcu będą mogły zaproponować wymianę jednego przeciwnika – mogą zmienić drużynę, z którą zmierzą się najpierw, lub zaproponować roszadę między grupami. Decydujący głos w tej sprawie będą miały ekipy z największą ilością punktów. Jednak kto okazał się najsilniejszy?

W grupie A dość spodziewanie najlepszą drużyną okazało się MAD Lions, choć początek zmagań na to nie wskazywał. Duńczycy rozpoczęli swoją przygodę w Los Angeles od rozstania się ze swoim prowadzącym, przez co nie poradzili sobie z HAVU w pierwszym spotkaniu. Właśnie w tej grupie mogliśmy oglądać Karola „rallena” Rodowicza, który mimo świetnego startu, nie pokazał się z najlepszej strony. c0ntact Gaming, czyli skład Polaka, ostatecznie zajął trzecie miejsce w swojej grupie.

O ile HAVU i MAD Lions zasłużyli sobie na pochwały, tak Copenhagen Flames powinno dostać sporą naganę. Z pewnością słaby występ spowodowany jest utratą Asgera „AcilioNa” Larsena, więc CPH powinno przemyśleć sporo spraw przed startem kolejnego etapu.

W grupie B pokładaliśmy wiele nadziei, wszak Team Envy miało sporą szansę okazać się najlepszą drużyną tego koszyka. Jednak plany te pokrzyżowały problemy wizowe Kaleba „moose'a” Jayne'a, czyli ich najlepszego strzelca. Kanadyjczyk na początku nie mógł pojawić się w Los Angeles, przez co zastąpił go trener Nikola „LEGIJA” Ninić, który od prawie roku nie uczestniczył w aktywnej grze. Efekt był jasny do przewidzenia – Envy przegrało dwa pierwsze mecze, plasując się na ostatnim miejscu w grupie. Zdecydowanie najbardziej zaskoczyło MIBR, które po pierwszej przegranej zdołało przejść przez drabinkę przegranych, a ostatecznie zrewanżować się Chaos Esports Club, pokonując ich 2:1 w finałowym meczu.

Rozczarowani mogą czuć się fani Gen.G. Amerykańska formacja z Hanselem „BnTeTem” Ferdinandem na czele, na początku roku wygrała DreamHack Open Anaheim pokazując, że ma wielki potencjał. Teraz nawet nie zbliżyli się do tego sukcesu, lecz powodem może być to, że większość spotkań rozgrywana była w internecie.

Grupa C okazała się być najbardziej zagmatwaną. Głównie dlatego, że FunPlus Phoenix najprawdopodobniej wycofało się z kupna duńskiego składu reprezentującego do niedawna barwy Heroic. W związku z tym oddali drużyna musiała oddać walkovera, a dowiedzieli się o tym na kilka minut przed startem swojego spotkania. Gracze sami informowali o tym, że już rozgrzewali się do nadchodzącego pojedynku, gdy wydano taką decyzję. FPX najpewniej nie zdecyduje się na zostanie drużyną partnerską i nie zobaczymy ich w kolejnej fazie i kolejnych etapach FLASHPOINT.

Dzięki temu Orgless mogło odegrać się Dignitas za porażkę w meczu inauguracyjnym. Zwycięzcy zamkniętych kwalifikacji przeszli do finału, gdzie okazali się minimalnie słabsi od Cloud9. Amerykańsko-afrykańska drużyna ponownie pokazała, że są godnymi reprezentantami marki, a organizacja radzi sobie lepiej niż przez większość ubiegłego roku.