2014. Dzisiaj minęło dokładnie 7 lat od największego sukcesu w historii polskiego CSa – wygrania Majora przez krajową drużynę. Sukces miał wymiar symboliczny, bo wydarzyło się to na naszej ziemi, która wkrótce stała się mekką esportu – w Katowicach. 

Zacząć wszystko od zera

Warto sobie uświadomić, że Virtus.pro w 2014 roku na IEM Katowice nie jechało jako żelazny faworyt, wręcz przeciwnie! Polacy niecałe dwa miesiące wcześniej dołączyli do znanej organizacji, wcześniej jednak mieli ciężki okres, w którym to nie mogli znaleźć swojego miejsca na ziemi. Co więcej, na IEM Katowice VP musiało sobie wyjazd wywalczyć od samych podstaw, czyli od polskich kwalifikacji. 

Na owych kwalifikacjach pojawiły się obecne legendy CSa – Loord, MICHU, innocent, reatz, rallen, mouz, Hyper czy GruBy, ale także tacy gracze jak KubiK, repo, tecek czy nawet Leh! ówczesna polska scena była jednak w pełni zdominowana przez składy Virtus.pro i Meet Your Makers i to te dwie drużyny awansowały do dalszego etapu. Etapu dla VP równie prostego, co polskie kwalifikacje, niemniej jednak drogę do IEMa trzeba było przebyć, biletów TaZ i spółka nie otrzymali za darmo. 

Bardzo mi zależy, żeby wygrali i poczuli, że dalej mogą wygrywać. Był taki czas, że wszyscy zwątpili i oni sami chyba też. – te słowa Asi Marks, partnerki NEO, najlepiej oddają moment, w jakim znalazła się drużyna. 

Trampolina, na której skoczyła cała Polska

Słowa Asi się spełniły, a Virtusi ze stratą jednej mapy zostali zwycięzcami IEM Katowice 2014. “Sukces rodzi się w bólach” i to właśnie polska piątka jest tego najlepszym przykładem. Wyliczmy jednak, jakie sukcesy się właśnie wtedy narodziły:

  • Drużyna wskoczyła na światowy poziom i utrzymała się na nim przez, powiedzmy, ponad cztery lata.
  • W polską scenę inwestowała olbrzymia światowa organizacja, aż do 2019 roku.
  • IEM Katowice stał się polską stolicą esportu. Gdyby się zastanowić, to i na cały świat można rozszerzyć.
  • Hype na CSa i esport w Polsce wystrzelił i w sumie ma się dobrze do dziś, chociaż nie jest to ten sam poziom, co za najlepszych lat Virtus.pro

Jednym zdaniem, Virtus.pro w Katowicach 2014 nie tylko zbudowało siebie, jako drużynę na przyszłe lata, ale także polską scenę ogólnie. Samo to, że do dzisiaj żyjemy tym sukcesem, bo jest to w końcu chyba najpiękniejszy moment polskiego esportu, wiele o sobie mówi. Było to wydarzenie, które przebiło “zwyczajne gierki komputerowe” do krajowego mainstreamu, a Spodek i Katowice stały się ośrodkami, w których co roku (z covidowymi wyjątkami) mogliśmy się spotkać na najlepszej esportowej imprezie świata. Nie byłoby jednak jej bez nas, czyli kibiców, a założę się, że tych z kolei by nie było, gdyby nie tamtejszy sukces Virtus.pro. Pokrętne, ale takie bywa domino, które wtedy się rozpoczęło. 

Rzucenie okiem wstecz, na ten 2014 rok, uświadamia mi, jak wiele przeszliśmy, jako gamingowa społeczność. Spójrzcie na poniższe nagranie, na młodego Carmaca, na tę neizbyt imponującą scenę. 

To wszystko było jeszcze takie świeże, nieokrzesane, surowe, w jakiś też sposób naturalne. Dla porównania 2019 rok. Ostatni z kibicami, od siebie jednak dodam, że w zaskakującym 2020 roku ceremonia otwarcia finału była równie imponująca. Zabrakło jednak oczywiście kluczowego elementu, czyli kibiców – stąd prezentacja 2019 roku.

Występy artystów, ogromna scena, IEM nie jest już tylko zwyczajnym turniejem esportowym, ale ogromnym wydarzeniem, które stało się wizytówką Katowic. Zlot fanów gier! W te kilka lat przeszliśmy razem niesamowitą drogę, ale coś mi mówi, że jeszcze wiele przed nami, zwłaszcza, że teraz hordy kibiców i graczy są wygłodniałe. COVID przystopował nam rozwój turniejów LAN-owych, organizatorzy jednak zapewne pochowane kilka asów w rękawie. W końcu powrót po takiej dużej przerwie musi być widowiskowy, jak nigdy dotąd.

Trwa rekrutacja na następców Virtusów

Pozostał tylko jeden mankament – że na sukcesie złotej piątki CS:GO nie potrafiliśmy wyhodować godnych następców. Przy tak olbrzymim poziomie zainteresowania, zapleczu, setkach tysięcy ludzi grających codziennie w CSa, nie zdołaliśmy wykreować na naszej scenie chociażby zbliżonej drużyny. Co szuflę rodzi się nadzieja, że to ten moment, że zaraz się rozkręci. Nadal jednak czekamy, jak Bolec na „Śmierć w Wenecji”.