W momencie gdy konkurencja rośnie jak na drożdżach, Valve wydaje się porzucać swoje dzieci – zarówno w kontekście produkcji jak i społeczności.

Jako wielki fan Counter-Strike'a, który cieszy się tym tytułem już od kilkunastu lat, ucieszyłem się jak dziecko gdy w kwietniu tego roku światło dzienne ujrzał VALORANT. Nie dlatego, że otrzymam grę zbliżoną do mojego ukochanego CS-a, a dlatego, że Valve mógłby w końcu wziąć się do roboty czując na plecach oddech jakiejkolwiek konkurencji. Pierwsze przesłanki nawet na to wskazywały – kilka rozwiązań z FPS-a od Riot Games szybko znalazły się w CS:GO. Jednak jak pokazał czas, nadzieje były złudne, a obojętność Valve coraz bardziej zniechęca mnie do ich gry.

Wielkie liczby, jeszcze większe nadzieje

Gdy na horyzoncie majaczył VALORANT, a Zachód znalazł się w tzw. lockdownie, Counter-Strike: Global Offensive przeżył swoją drugą młodość. Marzec, kwiecień oraz maj 2020 roku to historycznie najlepsze trzy miesiące w istnieniu tej marki. W tym czasie nie odbywały się żadne duże wydarzenia esportowe, nie wydano nowe operacji czy super świeżego contentu. Po prostu zbieg wielu czynników sprawił, że stary dobry Counter-Strike pobił wszystkie rekordy popularności swojej cyfrowej „siostry” czyli Doty2.

To dość mocno rozbujało moją wyobraźnię i nadzieje. Pamiętam jak głośno mówiłem o tym, że Valve w końcu doceni swoją strzelankę, zaczniemy dostawać coraz lepsze aktualizacje, może w końcu zaczniemy mówić o porządnym wsparciu gry przez amerykańskie studio. Rosnąca w siłę konkurencja w postaci VALORANTA, którego bardzo głośno chwalili różni twórcy wywodzący się z CS-a. Byłem przekonany, że głosy te dojdą do samego Gabe'a Newella, który z chęci czystej rywalizacji tchnie drugie życie w zapomnianą przez siebie produkcje. Ależ byłem naiwny.

Marzenia ściętej głowy

Czas zwykle weryfikował moje nadzieje związane z Counter-Strikem, lecz teraz Valve przeszło samo siebie. Przez ostatnie pół roku w CS:GO absolutnie nic się nie wydarzyło, nie licząc wydania dwóch nowych skrzynek. Najbardziej znaczącą zmianą było zwiększenie kontrastu modeli graczy, co stworzyło masę błędów, które potem łatano. Na czym koncentruje się obecnie Valve? Ano na Anubisie, Mutiny i Swampie, sukcesywnie wydając aktualizację do tych map. Z jednej strony wierzę, że poświecenie tym trzem lokacjom zaowocuje dodaniem ich do puli map turniejowych, co rozpocznie cykl sezonów w Counter-Strike'u. Ale o tym jak kończą się moje nadzieje wspomniałem już wcześniej.

Drugą sprawą jest sytuacja z Majorem. Od końca lutego wszystkie wydarzenia sportowe i esportowe są odwoływane lub, w przypadku tych drugich, przenoszone do internetu. Jeszcze w marcu można było się łudzić, że to tylko chwilowe ale w lipcu czy sierpniu każdy fan Counter-Strike'a o zdrowych zmysłach wiedział, że Major w Brazylii nie ma racji bytu. Mimo to musieliśmy czekać na decyzję Valve, które przypomnę, miało pół roku aby znaleźć rozwiązanie. No i kurde znalazło – przesunięcie Majora na bliżej nieokreślony termin, czyli „jak sytuacja na świecie się polepszy”. Równie dobrze może być to kwestia miesiąca, a może być to kwestia kolejnego roku.

No ale nie mogliśmy spodziewać się niczego więcej, patrząc na to co dzieje się obecnie na scenie Doty 2. Tytuł, który jest bardziej lubiany przez samego Gabe'a Newella, o czym otwarcie wielokrotnie wspominał, również tkwi w zawieszeniu. Wydano Battle Passa, na którym firma zarobiła ponad $100.000.000, a scena esportowa najwyższego szczebla została zamrożona. Istnieje tylko ta prowadzona przez oddolne inicjatywy. Chore!

Szambo wybiło

Wisienką, lub jak kto woli, truskawką na torcie całej tej sytuacji są ostatnie afery w Counter-Strike'u. Niedawno na światło dzienne wyszła sprawa związana z manipulacją systemem Overwatch, który zamiast walczyć z cheaterami, pomagał im uniknąć kary. Sprawa została nagłośniona przez YouTubera oraz jego internetowego „przyjaciela”, który sam był częścią tej machiny. Valve nie zabrało głosu w tej sprawie, nie posypali głowy popiołem, nie wyjaśnili nawet swojej społeczności, że taka sytuacja miała miejsce. Jeden z pracowników na swoim prywatnym twitterze poświęcił sytuacji jeden wpis twierdząc, że zażegnali problem od ręki.

Do tego dość niespodziewana sytuacja z trenerami, której skalę wciąż poznajemy. Wiele wskazuje na to, że szkoleniowcy nawet topowych teamów korzystali z tego błędu, a dzisiejsze zawieszenie trenera ENCE wskazuje, że ciągnęło się to latami. Oszuści, nie bójmy się użyć tego słowa, jeszcze nie zostali ukarani, lecz samo Valve najprawdopodobniej nie wyciągnie tak mocnych dział jak w przypadku zawodników ustawiających mecze, czy też tych z potwierdzonym VAC-banem na alternatywnym koncie, na którym grali w wieku 12 lat. Z jednej strony – bardzo dobrze, nie chciałbym aby jednym pstryknięciem zakończyli karierę kilkudziesięciu osób. Z drugiej strony oczekiwałbym konsekwencji – jeśli jedni nie zasługują na dożywotnią karę, to tym drugim nigdy nie powinna zostać ona wymierzona.

Błąd najprawdopodobniej już nie będzie istniał na tak szeroką skalę, lecz Michał Słowiński jasno przyznał, że istnieją różne jego wariację i ciężko będzie załatać je wszystkie. Cieszę się, że przynajmniej w tym jednym przypadku Valve potrafiło przyznać się do zaniechania sprawy, biorąc winę na siebie.

Pozostało mi zgrzytać zębami z zazdrości

Jestem osobą, która jednocześnie śledzi kilka tytułów esportowych, z większym lub mniejszym oddaniem. Najwięcej czasu poświęcam oczywiście CS:GO, lecz im więcej rozumiem ze sceny League of Legends tym częściej na nią zerkam. Z bólem muszą przyznać, że za każdym razem w okresie Worldsów, z całego serca zazdroszczę im, LoL-owcom, całej otoczki związanej z tym turniejem. Prawdziwe mistrzostwa świata, najlepsi zawodnicy z całego globu reprezentujący swoje regiony, co roku unikalna oprawa, muzyczny motyw przewodni i o wiele, wiele więcej… Naprawdę czuć hype przed Worldsami, który w dużej mierze odczuwam również i ja, CS-owiec z krwi i kości.

Sytuacja, w której stawia nas teraz Valve naprawdę wzbudza we mnie złość. Esport w Counter-Strike'u przez lata rozwijał się i radził sobie dobrze bez większych ingerencji od Valve, to prawda. Jednak obecna sytuacja wymaga od nich większego zaangażowania. Mówią o tym również sami profesjonaliści. Przykładem może być tutaj jeden z zawodników Astralis – Patrick „es3tag” Hansen, który podziela moje przemyślenia dotyczące różnic w prowadzeniu esportu przez Valve i Riot Games, o czym niedawno pisał na twitterze.

Mam wrażenie, że Valve nie do końca rozumie jak wielkimi skarbami dysponuje. Posiada dwie gry, które znajdują się w ścisłej czołówce esportu na świecie. Jeżeli teraz nie zajmie się swoimi dziećmi i mam na myśli zarówno gry, jak i nas wszystkich czyli graczy, za niedługo mogą one drastycznie stracić na popularności. A tego nie chciałoby żadne z nas.