Kolejni amerykańscy gracze Counter-Strike'a decydują się zmienić swój bieg kariery i zająć się Valorantem. Valve zdaje się nie przejmować tym zjawiskiem, choć powinni bić na alarm.

Counter-Strike przeszło od dwóch dekad rozwija się i stale zyskuje fanów. Z pewnością nie skłamię pisząc, że jest to jeden z najbardziej rozpoznawalnych FPS-ów na całym świecie. Każda osoba nazywająca się graczem przynajmniej raz w życiu spróbowała swoich sił w popularnym CS-ie – czy to w zaciszu domowy, czy to na szkolnej informatyce czy lokalnej kafejce. Osoby, które lata temu okupowały lokale internetowe przy „jeden sześć”, nierzadko dorobiły się swojego potomstwa grającego obecnie w „Globala”.

W latach gdy gry komputerowe były uważane za sporą fanaberię, garstka zapaleńców pracowała nad rozwojem nie tylko samego Counter-Strike'a, ale również środowiska rywalizacji. Podwaliny kładzione pod scenę esportową jeszcze w ubiegłej dekadzie, zaowocowały w przy okazji premiery CS:GO, a prawdziwe żniwa można było zacząć już kilka lat później. CS posiadając stałe wsparcie starszych graczy, po latach zaczął podbijać serca również młodzików i razem wspólnymi siłami, zaczęli zapełniać sportowe areny aby wspólnie oglądać swoje ulubione drużyny. Mogłoby się wydawać, że pozycja Counter-Strike'a jest mocno ugruntowana. Gigantyczny fanbase, sukcesywna praca nad ekspansją na rynek chiński, dwudziestoletnia historia, multum osób wciąż pracujących nad ekosystemem… co mogłoby zagrozić tak mocnemu tytułowi? Otóż okazuje się, że nikt inny jak sami twórcy.

Koronawirus jest strasznym wrzodem na tyłku, co do tego nie muszę nikogo przekonywać. Ekosystem Counter-Strike'a również nie wyszedł bez szwanku. Przede wszystkim już od ponad roku wszystkie turnieje, niezależnie od wagi i prestiżu, rozgrywane są w pełni w internecie. Podczas gdy Riot Games zorganizowało fenomenalne Mistrzostwa Świata League of Legends w Chinach, Valve postanowiło odwołać Majora i przełożyć go na kolejny rok. Tak naprawdę to była jedyna ingerencja w scenę CS-a w ciągu ostatniego roku, wszak firma Gabe'a Newella po prostu postanowiła ją zostawić samą sobie. Początkowo scena CS:GO podzieliła się na części, a każda skupiała się na swoim regionie. Rozwiązanie to było dalekie od ideału, co świetnie prezentowała sytuacja okręgu Ameryki Północnej, gdzie dosłownie kilka drużyn co weekend grało ze sobą w kolejnych zawodach – od kwietnia do sierpnia Evil Geniuses spotkało się z Teamem Liquid aż ośmiokrotnie.

Sytuacja zaczęła się zmieniać po przerwie wakacyjnej graczy. Odpowiedzią na problem separacji niektórych światowych gigantów miało być ściągnięcie ich do Europy, będącej wciąż miejscem pobytu największej liczby graczy CS:GO na całym świecie. Dlatego ekipy takie jak Evil Geniuses, Team Liquid, FURIA, MIBR i wiele innych opuściły swoje rodzinne strony aby tymczasowo, lecz na czas zgoła nieokreślony, zamieszkać na Starym Kontynencie. Scena amerykańska mocno odczuła „stratę” swoich najlepszych zespołów. Przede wszystkim bezcelowe się stało organizowanie turniejów w USA, wszak drużyny z najliczniejszym gronem fanów nie wezmą w nich udziału. Ekipom rywalizującym na niższych szczeblach pozostało uczestnictwo w niewielkich ligach jak ESEA Premier. Jednak to nie wszystko. Hermetyczny podział regionów Europejskiego i Amerykańskiego spowodował, że reprezentanci Starego Kontynentu odbiegli poziomem swoim kolegom zza oceanu. Kilkumiesięcznie kopanie się po czołach zawodników NA spowodował, że wypadli z gry na najwyższym poziomie. Dowodem na to była forma chociażby Teamu Liquid, który pod koniec ubiegłego roku spadł aż na 17. pozycję rankingu HLTV i teraz w pocie czoła odpracowuje tę stratę.

W trakcie gdy scena Counter-Strike'a tkwiła w rozłamie, Riot Games zaczął pielęgnować swoje nowe dziecko – VALORANTA. Gra będąca taktycznym FPS-em z wieloma podobieństwami do CS:GO, od razu ściągnęła na siebie gigantyczną uwagę, bo Valve nareszcie nie będzie miał monopolu w tej sferze. Drugiego marca minął rok od premiery wczesnego dostępu nowej produkcji twórców LoL-a i, choć z pespektywy Europejczyka na razie zmieniło się stosunkowo niewiele, tak scena amerykańska została „podbita” przez Riot.

W przeciwieństwie do Valve, Riot Games samo buduje ekosystem esportowy swoich tytułów i dobrze wiedzą o tym, że prędzej czy później system ten zaowocuje. Ich doświadczenie zebrane z League of Legends jest gargantuiczne, wszak zarządzają największym tytułem MOBA na świecie. Ciężko mi powiedzieć czy działania w Ameryce Północnej były zaplanowane, czy stały się dziełem przypadku, lecz jestem jasno w stanie stwierdzić, że Counter-Strike'a w NA umiera, a jego miejsce zajmuje VALORANT. Od połowy 2020 roku dziesiątki profesjonalnych amerykańskich graczy zdecydowało się zmienić dyscyplinę i zając się FPS-em od Riot Games. Powodów takich decyzji można upatrywać w wielu aspektach. Przede wszystkim organizacje zza oceanu chcąc zebrać najbardziej utalentowanych graczy, oferowały zarobki lepsze niż w CS-ie. Oprócz tego gracze z USA nie musieli zostawiać swoich rodzin i przyjaciół aby grać w Europie, gdzie żeby utrzymać się na najwyższym poziomie, musieliby spędzić przynajmniej cały 2021 rok. Na koniec w grę wchodzi jeszcze długość drogi na szczyt. Obecnie w Valorancie jest zdecydowanie łatwiej o drogę „zero to hero” niż w Counter-Strike'u. Za profesjonalistami poszli również widzowie, co obrazuje oglądalność turniejów:

Co w tym czasie zrobiło Valve? Nic. Dosłownie nic. Pozostawiają na pastwę losu przyszłość jednej z największych esportowych gier, która generuje im setki milionów dolarów zysków co roku. Ciężko powiedzieć co jest tego przyczyną – opieszałość? Zuchwałość wobec konkurentów? Może jednak posiadają plan B? Według mnie Valve mogłoby podwoić liczbę graczy CS:GO po prostu dając im to, o co proszą od dawna. Tick 128, nagrody za Overwatcha, system sezonów, nowe mapy… lista jest długa, a każda z pozycji przyciągnęłaby dziesiątki tysięcy graczy. Jednak z tylko sobie wiadomych powodów Gabe Newell i jego podwładni wolą zajmować się innymi rzeczami, nie wykorzystując w pełni potencjału swojego produktu.

Wojna pomiędzy CS:GO i VALORANTEM z pewnością potrwa jeszcze długie lata, ale pierwszą bitwę wygrała produkcja Riotu. Jednak czy można mówić o zwycięstwie, gdy oponent najzwyczajniej robi w tył zwrot i nie podejmuje walki?

Sytuacja ta najprawdopodobniej będzie się utrzymywać przynajmniej do najbliższego Majora w CS:GO, czyli do przełomu października i listopada 2021 roku. Jeśli Valve wciąż pozostanie bezczynne, to Riot Games ma kolejne pół roku do skrócenia dystansu.