Do FACEIT Major: London 2018 pozostał mniej niż tydzień. Rozpoczął się okres wszelakich analiz, zapowiedzi. Nie obędzie się też bez analizy dawnego diamentu polskiej sceny CS:GO, jakim jest, czy też raczej było Virtus.pro. Zatem zaczynajmy.

Hype train przed brytyjskim majorem ruszył na całego. Wprawdzie ja osobiście nie odczuwam takiej ekscytacji, jak przed wcześniejszymi turniejami tej rangi, ale myślę, że powody tego nadają się do napisania osobnego tekstu. Tutaj musimy spojrzeć na upadłą legendę, która ostatkiem sił próbuje wrócić na szczyt. Kojarzycie mit o Syzyfie, który w nieskończoność próbował wtoczyć głaz na górę? Jeśli nie, to szybko wpiszcie „syzyfowa praca” lub „mit o Syzyfie” w wyszukiwarce i wróćcie, bo ta analogia jeszcze pewnie nie raz przewinie się w tym tekście.

Syzyfowa praca

Ja już nawet nie jestem w stanie zliczyć, ile razy słyszałem z ust zawodników, czy to też czytałem na ich profilach „wrócimy silniejsi”. Serio, przecież to się nawet stało memem wśród polskiej społeczności Counter-Strike'a. Ileż można? Najwyraźniej najszybciej do tego wniosku doszedł Wiktor „TaZ” Wojtas, który zrobił – teoretycznie – krok w tył, przechodząc do Team Kinguin, by teraz, wraz z drużyną, coraz śmielej poczynać sobie na międzynarodowej scenie. Sytuacja jest tragiczna. Tak na dobrą sprawę, to od V4 Future Sports, które odbyło się w marcu, Virtusi nie osiągnęli nic znaczącego. Wciąż jak Syzyf próbują wtoczyć skałę na szczyt i wciąż z jakichś powodów nie są w stanie. W momencie, kiedy wydaje nam się, że są na dobrej drodze, nagle przychodzi brutalne zderzenie z rzeczywistością.

Od ostatniego majora, w którym widzieliśmy jeszcze „stary” skład, w Virtus.pro nastąpiły dwie rotacje. Najpierw Michał „MICHU” Müller zmienił wyżej wspomnianego TaZa, a później Michał „snatchie” Rudzki zastąpił Janusza „snax” Pogorzelskiego, który obecnie reprezentuje mousesports. Z pierwotnego składu pozostał tylko Pasha, NEO byali. Ten ostatni zresztą kończy swoją przygodę z VP zaraz po zmaganiach w Londynie.

W świecie CS-a istnieje powiedzenie, że zmiana zawodnika działa tylko krótkofalowo, a po czasie zespół jeszcze bardziej obniża swoje loty. O tym zresztą po części wspomniał dawno temu mój redakcyjny kolega Michał „Perakk” Perkowski (tekst dostępny tutaj). Problem jest jednak tej natury, że pomimo zmian, u Virtus.pro  nawet przez chwilę nie było widać przyrostu formy spowodowanego napływem „świeżej krwi”. Dobrze, snatchie jest z zespołem od niedawna, lecz nadzieja, jaką pokładało się w MICHU gdzieś odeszła. Nie zrozumcie mnie źle, bo nie oskarżam tu żadnego z Michałów. Problem leży zdecydowanie głębiej. Snax po odejściu wspomniał o atmosferze i o „wypaleniu się” drużyny.  Coś w tym musi być. Nie jest to też dziwne, że zawodnicy tracą entuzjazm w momencie, kiedy są w najgorszym położeniu od początku występowania pod banderą Virtus.pro, czyli od stycznia 2014 r. Tak, tak, wiem – snatchie MICHU są od niedawna, ale patrzymy na całą historię polskiej drużyny w tej rosyjskiej organizacji. Virtus.pro nie wygrało żadnego turnieju od czerwca zeszłego roku. Przy natłoku zmagań, takie ciągłe pasmo porażek z pewnością nie odbija się dobrze na atmosferze wewnątrz teamu. Były miejsca na podium, lecz pamiętajmy, że zarówno sportowcy, jak i progracze traktują je w myśl starej zasady, że drugi na podium jest zarazem pierwszym przegranym.

Jeśli spojrzymy na historię rozgrywek, w których VP brało udział, możemy zobaczyć pewien schemat. Virtusi po miesiącach posuchy zazwyczaj potrzebowali jednego dobrego turnieju w ich wykonaniu. Tak było z ELEAGUE Major w Atlancie, gdzie zaledwie kilkanaście dni później zdominowali DreamHack Masters Las Vegas, podobnie było przy okazji ubiegłorocznego PGL Majora w Krakowie, po którym częściej mogliśmy ich ujrzeć na niższych stopniach podium, czy też w jego okolicach. Czy w Londynie, gdzie z pewnością będzie mnóstwo polskiej publiczności ponownie zobaczymy wystrzał formy, jak to miało miejsce na Tauron Arenie…?

@DreamHack
@DreamHack

Stawka większa niż pieniądze

Niegdyś większość drużyn na wieść o tym, że będą musiały na turnieju offline zmierzyć się z Virtus.pro, była przerażona. Teraz zmieniło się to o sto osiemdziesiąt stopni. Virtusi z całą pewnością chcą to zmienić. W ich przypadku walka nie toczy się o ogromne pule nagród, lecz o honor i odzyskanie dawnej świetności. Zbliżający się turniej będzie kluczowy, bowiem jak już wiemy, po nim odejdzie byali. Wydaje mi się, że każdy z zawodników, a byali szczególnie ma coś do udowodnienia. To już nie chodzi o powrót na szczyt. To chodzi o zamknięcie wszystkim buzi na kłódkę i pokazanie, że VP jeszcze jest i nie powiedziało ostatniego słowa. Być może Virtusi potrzebowali, by znaleźć się na dnie, od którego mogliby się odbić, by wypłynąć na powierzchnię? Czas pokaże. Od roku wychodzi im to raczej z marnym skutkiem, ale jeśli ma nadejść taki moment, to będzie on właśnie na nadchodzącym majorze.

Na FACEIT Major: London 2018 nie ma sensu na rozpatrywanie tego, z kim Virtus.pro może się zmierzyć. Jeśli ekipa ta chce coś osiągnąć, to lepiej, żeby do każdego, nawet pozornie łatwego rywala podchodziła z największym skupieniem i szacunkiem, jakim tylko może. Dużą rolę jeszcze przed samym turniejem odgrywa Jakub „kuben” Gurczyński, trener chłopaków. Na nim spoczywa ciężar przygotowania taktyk na poszczególne formacje. Oby był go w stanie unieść.

Czas podsumowań

Jeśli ktoś z Was dotrwał do tego momentu, to myśli pewnie, że jestem naczelnym hejterem Virtus.pro. To nie tak. Trzymam kciuki za to, by im się udało. Ten tekst to jednak moja subiektywna ocena ostatnich miesięcy w wykonaniu tej formacji i nawet jeśli nie był on nacechowany pozytywnymi informacjami, to taki po prostu nie mógł być. Nie możemy mówić, że coś jest super, gdy takie w danej chwili nie jest (był kiedyś taki statek, „Titanic” się nazywał). Myślę też, że sami zawodnicy musieli w końcu przestać podchodzić do wszystkiego hurraoptymistycznie i nikt lepiej od nich nie wie, jak ważne zbliżają się zmagania. Oby tylko podołali temu ostatniemu zadaniu w (jeszcze) tym składzie.