Miniony rok był najprawdopodobniej najbardziej burzliwym okresem dla polskiej sceny od początku istnienia CS:GO. Czy nasze rodzime podwórko wykonało tym samym krok w tył?

Cofnijmy się o dwanaście miesięcy. Rok 2017 ma się ku końcowi, a w rankingu 30 najlepszych drużyn na świecie są dwie polskie ekipy – Virtus.pro na miejscu dziesiątym oraz AGO Esports jedenaście oczek niżej. Serca fanów przepełnia nadzieja, że Virtus.pro ponownie udowodni swoją wielkość i podniesie się z kolan, a do nich dołączą świetnie prosperujące Jastrzębie. Jednak jak pokazał czas, nadzieje okazały się złudne.

Od razu po przerwie świątecznej rozpoczął się ELEAGUE Major Boston 2018, w którym Virtus.pro posiadało status Legend i startowało w Fazie Nowych Legend. Polacy błyskawicznie pożegnali się z amerykańskimi fanami, druzgocąco przegrywając trzy spotkania – na Quantum Bellator Fire, Fnatic oraz Cloud9. To zabiło ostatnie nadzieje fanów rosyjskiej organizacji i udowodniło, że kryzys w jakim znalazło się Virtus.pro jest większy niż mogło się wydawać. Coraz głośniej zaczęło się mówić o nadchodzących zmianach i końcu wspólnej gry Złotej Piątki. Plotki te potwierdziły się już dwa tygodnie później, gdy oficjalnie ogłoszono, że Wiktor „TaZ” Wojtas zostaje zastąpiony przez Michała „MICHU” Müllera.

Jak to zazwyczaj bywa, zmiany na szczycie wywołują reakcję łańcuchową. Wiktor postanowił ani chwili nie próżnować i złożył wokół siebie nowy polski skład, pod banderą Teamu Kinguin. Obok Karola „rallena” Rodowicza i Mikołaja „mouza” Karolewskiego, którzy pozostali w organizacji, pojawili się kluczowi zawodnicy PRIDE, czyli Jacek „MINISE” Jeziak oraz Paweł „reatz” Jańczak. Pingwiny już po miesiącu istnienia znaleźli się w najlepszej światowej czterdziestce, lecz musieliśmy poczekać do czerwca aby pojawili się wśród najlepszych trzydziestu zespołów. Zdecydowanie ich szczyt tegorocznej formy przypadł na wrzesień, gdy wygrali DreamHack Open Montreal 2018. Udowodnili nieraz, że świetnie sobie radzą w polskich rozgrywkach, lecz sukcesy na rodzimej scenie przestały ich cieszyć. Stąd pojawiła się decyzja o zrezygnowaniu z występów w Polskiej Lidze Esportowej. Rok zakończyli niebywałym sukcesem – w historycznym wręcz pojedynku Wiktor „TaZ” Wojtas stanął naprzeciw swojej starej drużynie (co prawda po kolejnej zmianie, lecz o tym za chwilę), a stawką był awans do kolejnego sezonu ESL Pro League. Mimo wcześniejszych porażek, teraz Kinguin stanęło na wysokości zadania, a wygrana doprowadziła Wojtasa do łez – łez szczęścia.

@DreamHack | Adela Sznajder

Podczas gdy Team Kinguin sukcesywnie się rozwijało, na pierwszym planie rozgrywał się dramat Virtus.pro. Po dołączeniu Müllera ich niektóre występy napawały nadzieją. Drugie miejsce podczas turnieju V4 Future Sports Festival, gdzie pokonali chociażby FaZe Clan, czy srebrny medal na CS:GO Asia Championships 2018. Jednak jak grom z jasnego nieba pojawiła się informacja o decyzji Janusza „Snaxa” Pogorzelskiego, który niemalże z dnia na dzień opuścił rosyjską organizację. Niedługo później pojawiła się oficjalna informacja o Pawle „byali” Bielińskim, który miał zagrać w koszulce Virtus.pro na nadchodzącym Majorze i również pożegnać się z Jarosławem Jarząbkowskim oraz Filipem Kubskim, z którymi grał przez ostatnie cztery lata.

Pytasz, czy długo się zastanawiałem – po prostu były złe wyniki, moja motywacja podupadła przez to jak wszystko wyglądało wewnątrz drużyny. Po prostu brakowało mi czegoś świeżego, czegoś nad czym będzie można znowu popracować w grze. Może to źle zabrzmieć, może to być też zła cecha charakteru, ale jeśli widzę, że ktoś mało pracuje, to mi też się odechciewa, a to odbija się wtedy na całej ekipie. – powiedział Snax w wywiadzie dla naszego portalu.

Virtus.pro trawione przez wewnętrzne problemy tragicznie zaprezentowało się na Majorze. Kolejne trzy porażki na start turnieju okazały się być bardziej bolesne niż te z początku roku. Przez nowe zasady, Virtusi stracili gwarancję miejsca w kolejnym Majorze – po raz pierwszy w historii. Na dłuższą metę to okazało się być powodem do gruntownych zmian w szeregach Virtus.pro, a punktem przełomowym była przegrana w zamkniętych kwalifikacjach do europejskiego Minora. Virtusi w składzie z morelzem i snatchiem nie poradzili sobie z x-kom team i kilka godzin po przegranej mogliśmy przeczytać oficjalne oświadczenie o zawieszeniu składu. Niemalże natychmiast pojawiły się plotki, że kapitanem nowego składu zostanie wykupiony z ławki rezerwowych AGO Esports – Mateusz „TOAO” Zawistowski.

No właśnie… Jastrzębie. AGO Esports na początku roku było stawiane w roli pretendenta do obalenia wieloletniej hegemonii Virtus.pro na polskiej scenie. Świetnie prosperujący skład zachwycił nas w drugiej połowie ubiegłego roku, lecz zdecydowanie w bieżącym roku złapali zadyszkę – i to dosłownie. Jeśli wierzyć danym zebranym przez portal HLTV, AGO Esports rozegrało najwięcej oficjalnych spotkań w 2018 ze wszystkich polskich ekip. Nie licząc pojedynków w polskich ligach oraz kwalifikacjach, które w większości nie pojawiają się na wcześniej wspomnianym portalu, AGO rozegrało przez ostatnie 365 dni aż 406 map. Jednak nie można powiedzieć, że AGO w ciągu ubiegłych 12 miesięcy dokonało regresu. Obecnie według rankingu HLTV znajdują się najwyżej spośród wszystkich polskich ekip, po raz pierwszy w karierze zdobyli mistrzostwo Polskiej Ligi Esportowej oraz ponownie pojawią się na WESG walcząc o potężne pieniądze.

W Wigilię Bożego Narodzenia oficjalnie ogłoszono, że do głównego składu Virtus.pro powracają Janusz „Snax” Pogorzelski oraz Paweł „byali” Bieliński. Wraz z Zawistowskim, Rudzkim oraz Müllerem będą całkowicie nowym składem grającym w czarno-pomarańczowych koszulkach. Na chwilę obecną nikt nie wie czego się po nich spodziewać, lecz startują z potężną presją na barkach, gdyż to właśnie oni mają szansę kontynuować piękną historię napisaną przez Polaków pod banderą Vp. Trzeba pamiętać, że startują od początku i sami zdają sobie z tego sprawę: Przede wszystkim jest to świeży skład, który zaczyna praktycznie od zera. Jesteśmy na samym dnie rankingu HLTV, ale mamy bardzo silną ekipę na papierze – słowa TOAO z wywiadu dla naszego portalu. Niedługo po ogłoszeniu nowych zawodników pojawiło się oficjalne oświadczenie głównego menadżera Virtus.pro, który otwarcie przyznał, że żałuje pasywnej postawy i tak późnego dokonania zmian, lecz jak twierdzi był zbyt przywiązany do przeszłości.

W wyniku tych zmian wolnym agentem został Filip „NEO” Kubski – legenda polskiego Counter-Stike'a, a przyszłość Filipa nie jest klarowna. Według niepotwierdzonych informacji miałby on pójść w ślady Wiktora Wojtasa i skompletować nową drużynę, której przekazałby swój bagaż doświadczeń zdobyty przez lata na międzynarodowej scenie.

fot. by @jamesjelliffe

Oprócz tej trójki gigantów, warto wspomnieć o PACT oraz x-kom team, którzy mogą zaliczyć rok 2018 do całkiem udanych. Ci pierwsi, czyli podopieczni Marcina „padre” Kurzawskiego wchodzi w 2019 z tytułem Wicemistrza Polski i kilkoma dość udanymi występami LAN-owymi. Natomiast Daniel „STOMP” Płomiński i spółka dzięki odważnym zmianom, w końcu zaczęli liczyć się nie tylko na polskiej scenie. Wystąpili w zamkniętych kwalifikacjach do europejskiego Minora oraz zdołali wywalczyć sobie trzecie miejsce w czwartym sezonie Polskiej Ligi Esportowej. Obydwie drużyny znakomicie prosperują i mogą wiele namieszać w nadchodzącym sezonie.

Krok w tył, ale…

Próbując odpowiedzieć na pytanie zadane w tytule, sądzę że polska scena w minionym roku wykonała krok w tył. Jednak wydaje mi się, że nie uległa potężnemu osłabieniu lub cofnęła się w rozwoju. Bynajmniej. Jest to jeden z tych kroków w tył, które poprzedzają dwa do przodu.

Polska scena weszła teraz w okres burzliwego rozwoju. Najprawdopodobniej minie sporo czasu zanim ponownie zobaczymy w pełni polską ekipą zdobywającą międzynarodowe tytuły, lecz są i plusy takiego obrotu spraw. Zgodnie z tym co powiedział nam Zawistowski, to nowy skład Virtus.pro zastanawia się nad wzięciem udziału w kolejnym sezonie ESL Mistrzostw Polski. Oznaczałoby to, że poziom rywalizacji na polskim scenie wzrósłby do poziomu, którego nigdy jeszcze nie widzieliśmy. Wszystkie wspomniane w tym tekście ekipy mogą starać się o miano najlepszej drużyny na naszym podwórku. Polsko-polskie pojedynki wciąż potrafią wywoływać masę emocji – pożegnalny występ Virtus.pro w walce o awans do WESG oglądało prawie 30.000 osób. Takich pojedynków w przyszłym roku może być o wiele więcej.

Niestety zapowiada się na to, że w najbliższym czasie nie zobaczymy naszych rodaków w wyrównanych starciach z Natus Vincere, Fnatic czy Ninjas in Pyjamas, do których tak przywykliśmy. Jednak jest to cena jaką przyjdzie nam zapłacić za możliwość obserwowania etapu rozwoju polskich ekip.