Jeżeli ktoś jeszcze zastanawiał się, czy obecne OpTic potrafi dowozić najważniejsze mecze, to po finale w Paryżu temat można zamknąć. OpTic Gaming pokonało Team Heretics 5:3 i drugi rok z rzędu zgarnęło tytuł Esports World Cup w Call of Duty. Do tego dochodzi 600 tysięcy dolarów nagrody i komplet 1000 punktów Club Championship.

I nie, to nie był turniej z gatunku „weszli, wszystkich zniszczyli, wyszli”. OpTic przegrało z 100 Thieves jeszcze w fazie grupowej i musiało później wygrzebywać się z trudnej sytuacji. W play-offach zaczęło jednak odpalać właściwe obroty. FaZe Clan dostało 0:4, a w półfinale przyszła okazja do rewanżu na 100 Thieves. Siedem map, wynik 4:3 i bilet do finału.

Heretics też nie przyjechało do Paryża robić za statystów. Hiszpanie wcześniej zmietli Falcons 4:0, a w finale po słabym początku odrobili 0:2 i doprowadzili do remisu. Problem w tym, że kiedy seria weszła w decydującą fazę, OpTic było po prostu lepsze tam, gdzie naprawdę zaczyna się presja. Amerykanie zamknęli spotkanie Hardpointem na Den, wygrywając 250:183.

Osobny akapit należy się Shotzzy'emu. Anthony „Shotzzy” Cuevas-Castro zgarnął MVP drugi EWC z rzędu i dorzucił do tego 25 tysięcy dolarów indywidualnej nagrody. W scenie, w której forma potrafi zniknąć szybciej niż sens po kolejnej zmianie mety, taka regularność jest mocnym argumentem.

Najważniejsze jest jednak coś innego. OpTic nie wygrało dlatego, że miało idealny turniej. Wygrało mimo problemów. Przegrało wcześniej z 100 Thieves, znalazło się pod ścianą, a później kolejno odstrzeliło największych rywali.

I właśnie takie turnieje budują dynastie, a nie efektowne 3:0 w meczach, o których tydzień później nikt już nie pamięta.