Grand Theft Auto 6 ma być największą premierą dekady, ale za kulisami Rockstar znów mierzy się z oskarżeniami o kiepskie traktowanie pracowników. Członkowie Rockstar Game Workers Union twierdzą, że studio ma problem z niejasnymi premiami, rosnącą luką płacową między płciami i presją na nadgodziny.
Największy zarzut dotyczy bonusów. Według pracowników premia może stanowić sporą część rocznej wypłaty, ale jej wysokość często ma zależeć od niejasnych, uznaniowych kryteriów. Mówiąc prościej: możesz dowieźć robotę, robić swoje przez cały rok, a później i tak dostać mniej, bo ktoś uznał, że „czegoś zabrakło”. Jeden z pracowników stwierdził, że w ten sposób można stracić nawet około jednej piątej rocznych zarobków.
To nie jest drobna korporacyjna niedogodność. Kiedy premia zależy od humoru przełożonego albo zasad, których nikt nie potrafi jasno wyjaśnić, pracownik przestaje mieć poczucie bezpieczeństwa. Zaczyna kombinować, jak nie podpaść. I właśnie wtedy cały system robi się chory jak cholera.
Związkowcy wskazują też na pogłębiającą się różnicę w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn. Według ich relacji firma miała wdrażać działania naprawcze, ale później je porzuciła, mimo że problem nie zniknął.
Nie brakuje również tematu crunchu. W brytyjskich umowach Rockstar ma stosować zapis, który zakłada rezygnację z ustawowego limitu czasu pracy, chyba że pracownik sam aktywnie z tego zrezygnuje. Formalnie można to ubrać w legalne papierki, ale realnie oznacza to jedno: nadgodziny mogą być traktowane jak standard, a nie wyjątek.
Take-Two odpowiada, że oferuje konkurencyjne warunki i chce prowadzić dialog ze związkiem. Problem w tym, że korporacyjne deklaracje o „kulturze współpracy” niewiele znaczą, gdy pracownicy mówią o premiach zależnych od widzimisię i pracy po godzinach wpisanej w system.
GTA 6 i tak sprzeda się w absurdalnych liczbach. Ale warto pamiętać, że za każdą wielką premierą stoją ludzie, a nie marketingowe hasła. I nie powinni oni zastanawiać się, czy jedno niewygodne pytanie kosztuje ich część wypłaty.