Faker znowu zrobił to, co Faker robi od lat: wziął pick, który u wielu fanów odpala wspomnienia sprzed kilku epok League of Legends, i przypomniał, że wciąż potrafi kontrolować grę na najwyższym poziomie.

Po zwycięstwie T1 nad BNK FEARX najwięcej mówiło się o jego Anivii. Wynik 10/3/8 wyglądał jak gotowy argument dla tych, którzy twierdzą, że Lee „Faker” Sang-hyeok jest najmocniejszy właśnie wtedy, gdy wraca do starszych, klasycznych championów. Anivia, Ryze, Azir, Orianna – dla wielu kibiców to nie są zwykłe picki, tylko część historii LoL-a.

Sam Faker nie do końca się z tym zgadza.

W rozmowie z Inven przyznał, że rozumie, dlaczego fani tak to widzą, ale zaznaczył, że nie czuje różnicy w mastery między starszymi i nowszymi championami. Dodał też, że zamierza pokazywać dobre występy również na nowych postaciach.

I właśnie to najlepiej opisuje jego karierę. Faker nie przetrwał na szczycie dlatego, że kurczowo trzymał się dawnych czasów. Przetrwał, bo potrafił zmieniać się razem z grą. League przez lata przechodziło kolejne rewolucje: inne tempo mapy, inne priorytety w draftach, nowe systemy, nowe style midlane’u. A Faker nadal jest w rozmowie o najlepszych.

Oczywiście, starsze picki wyglądają w jego rękach wyjątkowo. Jest w tym doświadczenie, cierpliwość i masa wyczucia, którego nie da się nauczyć w tydzień. Ale sprowadzanie go do „gościa od klasyków” jest zbyt proste. Faker nie gra nostalgią. Gra pozycją, presją i błędami rywala.

Dlatego jego Anivia przeciwko BNK FEARX nie była tylko ładnym powrotem do przeszłości. Była przypomnieniem, że champion pool Fakera to nie muzeum highlightów, tylko narzędzie, które dalej działa w aktualnej mecie.

Przed T1 teraz znacznie trudniejszy sprawdzian – Hanwha Life Esports w Road to MSI 2026. Jeśli Faker utrzyma taką formę, rywale będą mieli problem nie tylko z jego klasycznymi pickami, ale z samym faktem, że po tylu latach nadal potrafi zmusić draft do grania pod siebie.