Stało się. Qiddiya Investment Company domknęła przejęcie Evo: najbardziej ikonicznego turnieju w świecie bijatyk. Nowy właściciel uspokaja: „tradycje, wartości i tożsamość Evo pozostaną niezmienione”. Brzmi ładnie. Pytanie brzmi: czy ktokolwiek w FGC w to wierzy?
Od grassroots do wielkiego kapitału
Evo to nie jest „kolejny event esportowy”. To marka, która wyrosła z sal hotelowych, kabli ciągniętych po podłodze i setupów składanych przez społeczność. To Moment 37, to łzy, krzyki i sety, które przeszły do historii gatunku. Evo było zawsze czymś więcej niż turniejem – było dorocznym świętem FGC.
Dlatego kiedy wyszło na jaw, że RTS (dotychczasowy właściciel serii) trafia pod skrzydła projektu Qiddiya – saudyjskiego megamiasta finansowanego przez Public Investment Fund – internet zapłonął. I to nie z ekscytacji.
Polityka wchodzi na arenę
Qiddiya to element wizji modernizacji Arabii Saudyjskiej. Problem w tym, że kraj od lat jest krytykowany przez organizacje praw człowieka za represje, karę śmierci czy ograniczanie swobód obywatelskich. Część społeczności mówi wprost: to klasyczny sportswashing – budowanie wizerunku przez sport i rozrywkę.
Nowi właściciele deklarują wsparcie, rozwój, stabilność. Stuart Saw zostaje CEO RTS, kalendarz obejmuje Tokio, Las Vegas i Niceę. Oficjalny przekaz: globalna platforma, kultura, wspólnota, przyszłość grania.
Tylko że FGC to środowisko pamiętliwe i wyczulone na autentyczność.
„Wspierajcie lokalne turnieje”
Wielu graczy nie kupuje tej narracji. Część topowych postaci – jak komentator i twórca Sajam – zapowiedziała, że w tym roku Evo odpuszcza. W socialach przewija się jedno hasło: support your locals.
Bo prawda jest taka, że scena bijatyk nigdy nie była napędzana przez wielkie pieniądze. To nie League of Legends z milionowymi ligami franczyzowymi. FGC żyje dzięki lokalom, community center, małym TO-som i pasjonatom. Evo było zwieńczeniem tej drogi – nie korporacyjnym produktem, tylko kulminacją oddolnej energii.
I właśnie tego ludzie się boją. Nie samego kapitału, ale powolnej erozji ducha.
Czy Evo może pozostać „tym samym” Evo?
Historia esportu pokazuje, że kiedy wchodzą wielkie pieniądze, zmienia się wszystko: formaty, priorytety, narracja, sponsorzy. Czasem na lepsze – profesjonalizacja to realne korzyści. Lepsza produkcja, większe pule nagród, stabilność.
Ale bijatyki to specyficzny ekosystem. Tu wciąż ważniejszy jest offline niż online. Uścisk dłoni po secie. Wspólne granie do czwartej rano w hotelowym lobby.
Jeśli Qiddiya faktycznie pozwoli Evo działać autonomicznie, nie ingerując w jego charakter, może się okazać, że burza była na wyrost. Jeśli jednak turniej zacznie przypominać korporacyjny showcase bez miejsca na grassroots – społeczność szybko to zweryfikuje frekwencją.