Kiedy Valorant w końcu trafił na PS5 oraz Xbox Series X/S, część graczy od razu zaczęła zadawać to samo pytanie: skoro to shooter z PC-owym DNA, to czy da się grać na klawiaturze i myszy?

Odpowiedź brzmi: technicznie ludzie próbują kombinować. Oficjalnie – Riot absolutnie tego nie chce i traktuje to jako naruszenie zasad.

I to nie jest marketingowa gadka. To wynika z tego, jak ta gra w ogóle została zaprojektowana.

Valorant to nie jest shooter, który „jakoś działa” na różnych inputach

W wielu współczesnych FPS-ach możesz mieszać platformy, sterowanie i nadal wszystko się spina. Valorant działa na zupełnie innym poziomie precyzji. Tutaj liczy się ustawienie celownika zanim przeciwnik w ogóle wyjdzie zza rogu, kontrola odrzutu w milimetrach i decyzje podejmowane w ułamkach sekundy.

Na PC to działa, bo każdy ma tę samą dokładność myszy. Na konsoli Riot musiał zbudować wszystko od nowa, żeby kontroler był równorzędnym narzędziem, a nie gorszym zamiennikiem.

Dlatego konsolowy Valorant nie jest prostym portem. To osobno dostrojony system celowania, inne tempo rozgrywki i zupełnie inaczej wyważone starcia. Gra została napisana pod analog – i dokładanie do tego myszy rozwala balans, który twórcy próbowali osiągnąć.

Skąd w ogóle pomysł, że „da się podłączyć mysz”?

Niektórzy gracze korzystają z zewnętrznych adapterów, które udają kontroler, a w rzeczywistości tłumaczą ruchy myszy na sygnał analogowy. To stary patent znany z innych gier sieciowych. Problem w tym, że dla gry wygląda to jak coś nienaturalnego – input, którego człowiek na padzie nie jest w stanie wygenerować.

A Riot bardzo dokładnie analizuje takie rzeczy.

To nie jest firma, która macha ręką na obchodzenie zasad. Ich podejście do uczciwej rywalizacji jest fundamentem całego ekosystemu, od rankedów po scenę esportową. Jeśli system wykryje, że ktoś próbuje uzyskać przewagę sprzętową, konsekwencje są realne, a nie teoretyczne.

Ryzyko jest kompletnie nieopłacalne

Gracz, który decyduje się na takie kombinowanie, ryzykuje dużo więcej niż jedną przegraną mapę. W grę wchodzi blokada konta Riot, utrata całej progresji, skinów i czasu włożonego w grind. Nie ma znaczenia, czy ktoś zrobił to „z ciekawości”. Regulamin nie rozróżnia motywacji.

Najważniejsze jest to, że Riot jasno komunikuje: wersja konsolowa ma być środowiskiem równych szans dla graczy na padzie. Każda próba obejścia tego założenia traktowana jest jak exploit.

I tu dochodzimy do sedna: to nie jest gra, w której warto szukać skrótów

Valorant zawsze był budowany wokół rywalizacji opartej na skillu, a nie na tym, kto znajdzie sprytniejszy sposób na system. Dlatego twórcy wolą całkowicie zablokować pewne rozwiązania, niż dopuścić do sytuacji, w której jedna grupa graczy ma sprzętową przewagę nad drugą.

Jeżeli ktoś chce grać w Valoranta tak, jak został oryginalnie wymyślony – z pełną kontrolą myszy, flickami i mikro-korektami – odpowiedź od lat pozostaje ta sama: PC jest do tego jedyną właściwą platformą.

Konsola to inna odsłona tej gry. Nie gorsza, nie „casualowa”. Po prostu zaprojektowana wokół kontrolera i pod ten kontroler zoptymalizowana.