Niemieckie ambasady w Seulu i Tokio postanowiły odpalić coś, czego jeszcze na scenie esportowej praktycznie nie było: własny, międzykrajowy turniej League of Legends pod hasłem „Diplomacy Meets Esports” – czyli dyplomacja na Summoner’s Rift. Brzmi absurdalnie? Wcale nie.
Cała inicjatywa ma połączyć Koreę Południową, Japonię i Niemcy, czyli trzy zupełnie różne rynki, które jednak łączy jedno: mocno rosnący rynek gier i esportu. Korea wiadomo: Faker, ShowMaker, dominacja od lat. Japonia dopiero kręci swoje struktury, ale rośnie jak na drożdżach dzięki mobilkom, VCT Pacific i ogromnej bazie fanów anime/gier. Niemcy? Od lat pchają kasę w esport: Gamescom w Kolonii, LEC w Berlinie, IEM Katowice praktycznie ich drugi dom, więc nie ma tu przypadku.

Turniej startuje od krajowych kwalifikacji online w Japonii i Korei, a wielki finał offline odbędzie się w Tokio z udziałem zaproszonej drużyny z Niemiec. Co ważne, organizatorzy nie robią tego „na pałę”: jest regulamin, zgłoszenia, Discord z aktualizacjami, wymóg zgody rodziców dla niepełnoletnich i pokrycie kosztów podróży oraz noclegu dla zwycięzców kwalifikacji. Finały polecą w streamie na YouTube i Twitchu: tak jak być powinno.
To, co jest naprawdę ciekawe, to szerszy kontekst. Niemcy i Korea były gospodarzami Worldsów 2024 i 2023, więc ich ambasady dokładnie wiedzą, na jaką publikę grają. Ten ruch to nie tylko „hej, zróbmy turniej”, ale raczej: „podłączmy esport pod dyplomację i pokażmy, że soft power to nie tylko filmy i muzyka”. I to działa – bo jak inaczej dotrzeć do pokolenia, które ma w nosie tradycyjną propagandę kulturową?
Co do zapisów, ruszyły 15 stycznia i trwają do piątku, regulamin wleciał 21 stycznia, a reszta leci na Discordzie. Na turniej nie szykują się tylko „prosi”. W praktyce to szansa dla lokalnych drużyn semi-pro, akademii i ambitnych stacków, żeby pokazać się poza swoim regionem. A takich inicjatyw w Azji wciąż brakuje, bo większość międzynarodowych turniejów w LoL-a jest ściśnięta między KR–CN i ewentualnie NA/EU.
Jeżeli ten format chwyci, nie zdziwię się, jeśli za rok zobaczymy kolejne ambasady, kolejne gry, może Valorant, może jakaś produkcja od Bandai/Namco albo Riotowe 2XKO, które ma potencjał rozgrzać całą Japonię. Esport jako narzędzie dyplomacji? Kiedyś brzmiące jak mem. Dziś – normalne.