Branża RTS dostała właśnie zimny prysznic. StarCraft II – jedna z najbardziej kultowych gier w historii esportu – nie pojawi się na Esports World Cup 2026. Dla wielu to potężny cios, bo w 2024 i 2025 SC2 był częścią tego całego show. Teraz z dnia na dzień RTS-y znikają z line-upu, a zamiast nich na ostatnie miejsce wskoczył Trackmania. Spoko gra, ale nie dla ludzi, którzy żyją makro, mikro i timing pushami.
Dlaczego to boli?
Brak SC2 w EWC to coś więcej niż brak jednej gry na liście. W tym roku nie będzie ani jednego RTS-a. To wycina kawał esportowego krajobrazu, który od dwóch dekad był stabilnym filarem dla pewnej grupy widzów. Komentatorzy i gracze nie kryją wkurzenia – Kim „Maddox” Min-gyu napisał wprost, że to „wielki cios”. I trudno się dziwić, bo StarCraft II od dwóch lat tak naprawdę trzymał się dzięki EWC.
Tymczasem w tle mamy ciągle skutki decyzji ESL, który w 2025 roku zamknął ESL Pro Tour z powodów finansowych. SC2 stracił największy i najdłużej działający obieg turniejowy, a EWC miał być – przynajmniej czasowo – protezą. Bez tego tworzy się znowu dziura.
Reakcje? Od frustracji po dziwny optymizm
Społeczność nie jest monolitem. Jedni piszą, że bez SC2 nie oglądają EWC i idą w cholerę, bo po co im „24 gry, skoro żadna ich nie obchodzi”. Inni – jak uThermal – twierdzą, że paradoksalnie może to wyjść scenie na dobre, bo EWC „zjadał” mniejszych organizatorów i ustawiał kalendarz pod siebie. Brak wielkiego turnieju może rozruszać grassroots, lokalne eventy, mniejsze ligi i społecznościowe inicjatywy, które w SC2 zawsze były mocne.
To jest w ogóle ciekawy trend – SC2 od lat ciągną ludzie, a nie korporacje. Ta gra to maraton, nie sprint, i nawet bez gigantów scena jakoś zawsze znajduje sposób, żeby istnieć.
Co dalej dla StarCrafta?
Wbrew dramatycznym nagłówkom SC2 nie umiera. Sezon 2026 trwa, a w kalendarzu są konkretne wydarzenia. Najbliższe większe to Rongyi Cup S3 w Szanghaju – 16 topowych graczy, online + offline, 150 000 CNY w puli. Kasa może nie jest kosmiczna, ale poziom sportowy będzie jak zawsze wysoki, bo ta gra od dekad produkuje potwory o mechanice godnej robotów.
Poza Chinami mamy też stałe punkty w Europie i NA, budzą się mniejsze ligi, dyskusje o crowdfundingach i nowej formule sezonu. No i cały czas trwa czekanie na jakikolwiek ruch Blizzard/MSC w kwestii wsparcia esportowego – nawet symbolicznego.
SC2 bez EWC – koniec świata? Nie.
Brak SC2 w EWC jest irytujący, bo to była jedyna impreza „mainstreamowa” z takim zasięgiem. Ale ważne rzeczy dzieją się obok sceny telewizyjnej. StarCraft II przeżył już gorsze momenty: lockdowne, zamknięcie WCS, zapaść w Korei, przekierowanie ESL-a na CS-a i Rocket League… i jakoś wciąż żyje.
Może więc zamiast płakać nad EWC, warto obserwować to, co się od dawna w SC2 udaje najlepiej – komunitę, grassroots i freaków, którzy organizują turnieje, bo kochają tę grę, a nie dlatego, że stoi za tym Saudi money czy wielkie korpo.
RTS-y nie są sexy dla mainstreamu, ale mają społeczność, która potrafi trzymać scenę przy życiu przez dekady. I to jest chyba największy paradoks w całym tym zamieszaniu.