Gdy w październiku 2026 roku Kakeru ogłosił zakończenie kariery, cała scena FGC się zdziwiła, bo to nie jest gość, który znika ot tak. Facet ma za sobą wygraną Capcom Cup 11 za milion dolców w 2024 i reputację jednego z najbardziej świadomych graczy JP na świecie. Potem zrobiło się ciszej, pojawiały się pogłoski o zdrowiu i w końcu padło to, co musiało paść – koniec kariery pro i rozstanie z ZETA Division.
Powody? Proste i brutalne – zdrowie. Kakeru mówił wtedy, że trudno mu dalej rywalizować jako aktywny gracz, więc priorytety poszły w inną stronę. I szczerze? Trudno to komukolwiek wypominać. FGC to ciężki sport, tylko bez stadionów i fizjo.
Zero powrotu, zero Capcom Cup 12, zero romantyzowania
Fani pewnie liczyli, że skoro minęło trochę czasu, to Kakeru wróci i zrobi magiczny comeback. Ale nie. Sam powiedział wprost, że nie planuje startu w Capcom Cup 12, bo ma inne rzeczy do roboty – i to całkiem sensowne.
Jakie? Tu jest ciekawie. Kakeru twierdzi, że ostatnio dużo czyta, bada i analizuje różne tematy, generalnie grzebie w tym, co go kręci poza graniem. Myśli też o swoich „profesjonalnych latach”, ale nie po to, żeby wracać do treningów po 8 godzin dziennie jak maszyna, tylko żeby zobaczyć, co dalej z jego życiem.
Jeśli chodzi o Street Fightera – będzie grał, ale po ludzku. Jako single player, bez presji wyników, bez turniejowego młynu. Jak powiedział: jeśli znów stanie się to „pracą”, to gó**o z tego będzie i nie będzie zgodne z tym, co naprawdę ceni.
A co ze streamami?
Tu też jest spokojnie. Streamy wrócą, ale tylko wtedy, gdy wszystko się uspokoi i na pewno nie jako główne źródło hajsu. Gość nie chce się pakować z powrotem w tryby zawodowej machiny, tylko robić to po swojemu.
I choć Kakeru sam przyznał, że ludzie mogą być rozczarowani, to finalnie społeczność zachowała klasę. W komentarzach dominowało wsparcie typu: „rób swoje”, „zdrowie najpierw”, „jak wrócisz, to wrócisz, jak nie – też spoko”. I to jest w sumie piękne, bo FGC ma opinię toksycznej, ale jak przychodzi co do czego, to potrafi być ludzkie.
Podsumowanie
Czy to coś zmienia? W krótkim terminie – tak. Capcom Cup 12 bez Kakeru to mniej gwiazd starej gwardii i trochę mniej „japońskiego sznytu” w topach. Ale scena ma młode wilki, które cisną jak chore, więc głód rywalizacji zostaje.
A sam Kakeru? Wygląda na to, że po prostu żyje na własnych zasadach. I może o to chodzi w byciu pro – żeby wiedzieć, kiedy przestać, zanim gra przestanie być grą.